Jesteśmy już po pierwszym odcinku nowego programu Telewizyjnej Dwójki. Matrymonialny show „Pierwsze randki” można oglądać w każdy czwartek o 20:40, ale pewnie żeby zwiększyć jego oglądalność i popularność TVP prezentuje jeszcze powtórkę w sobotę o 21:50.
Jakie więc można mieć wrażenia już po „Pierwszej randce”? Bardzo mieszane. W końcu to format od Warner Bros, którego podobno pokochali już widzowie w wielu krajach (m.in. Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Australii, Niemczech, Kanadzie). Jednak w wykonaniu polskim wypada co najmniej blado.
Owszem oglądamy pierwsze spotkania nieznanych sobie osób dopasowanych przez specjalistów w jednej z restauracji, ale wszystko jest tu po prostu sztuczne. Zaczynając od kelnerów/barmanów, którzy są aktorami (odgrywają swoje scenki i komentują randki), a kończąc na wynajętych statystach siedzących przy innych stołach (co ważne to statyści/aktorzy, a nie prawdziwi uczestnicy reklamowali „Pierwsze randki” w spotach telewizyjnych).
Nawet same randki nie są zbyt emocjonujące, a postarano się chociażby sparować mieszkańców tego samego miasta, którzy specjalnie przyjechali tym samym pociągiem by poznać się „na wyjeździe” (trzymając się nomenklatury sportowej) lub Polaka, który po latach chce wrócić z Niemiec do naszego kraju (może to ta misja TVP w tym programie), ale jest o 20 lat za stary dla swojej potencjalnej partnerki.
Cała nadzieja w tym, że program w kolejnych odcinkach się rozkręci, ale przecież trudno zatrzeć pierwsze złe wrażenie i przekonać do siebie widzów ponownie. Szczególnie, że u konkurencji w premierowy czwartek w tym samym paśmie antenowym są znacznie ciekawsze propozycje. Jak bijący tego dnia rekordy „Milionerzy” TVNu, „Ojciec Mateusz” i „Sprawa dla reportera” Jedynki, czy o wiele bardziej misyjny „Nasz nowy dom” i serial „Przyjaciółki”.

