Prawdziwe historie atakują zewsząd

Co mam na myśli mówiąc prawdziwe historie? Życiowe opowieści czytelników czasopism oraz fabularyzowane zdarzenia w programach telewizyjnych pasma z przez godziny 17. Wszystkie sprawiają, że czytelnik/ widz przeżywa rozterki razem z bohaterami, współczuje im i myśli o tym, że dobrze, że w jego rodzinie coś podobnego się nie zdarzyło. A jest co przeżywać: zdrady, oszustwa, niespełnione miłości, nieposłuszne dzieci, łamanie prawa, zwolnienia z pracy i wiele, wiele innych.

Jedno jest pewne, czysty rachunek ekonomiczny takich gazet i produkcji musi wypadać na plus, bo inaczej już dawno przemysł tzw „true stories”, by się skurczył, a nie ciągle rozrastał. Zaczęło się od czasopism, a modę na takie historie rozpoczęło wydawnictwo Phoenix Press, ze swoim „Z życia wzięte”. Jednak gdy nastąpił poważny kryzys prasy, także konkurencja postanowiła włączyć się w walkę o ten segment. I tak obecnie możemy się doliczyć ponad 20 gazet opisujących zdarzenia, które (podobno) zdarzyły się naprawdę. Na liście czasopism, większych wydawców, oprócz „Z życia wzięte” znajdziemy „Sukcesy i porażki”, „Kalejdoskop losów”, „Na ścieżkach życia”, „Sekrety i namiętności”, „Moja historia”, „Życie i nadzieja”, „Emocje i wzruszenia”, „Magia miłości”, „Najpiękniejsze romanse”, „Historie niesamowite”, „Historie kryminalne”, „Bliżej ciebie”, „Barwy życia”, „Prawdziwe historie”, „Z życia rodziny”, „Ze starego pamiętnika”, „Zawsze młodzi”, „Sekrety serca”, „Prawdziwe życie”, „Cienie i blaski”, „Uczucia i tęsknoty”, „Zawsze miłość” i „Okruchy życia”. Uff… a jeszcze pozostają wydania specjalne wielu z nich.

Z jednej strony są to na pewno harlekiny naszych czasów. Krótsze, bliższe nam i stąd wyglądają na bardziej prawdziwe. Z drugiej to prosty sposób na zarobek. Większość z nich jest w bardzo podobnym segmencie cenowym, nie różnią się zbytnio papierem, wyglądem itp. Główny przychód to z pewnością reklamy, ale też rzesze oddanych czytelników. To jednak może dziwić. W dobie Internetu takie same historie można przecież znaleźć na każdym kroku. A to w plotkach z życia gwiazd, a to na zwykłych blogach i forach, ale nie o to tu chodzi. Czytelnicy tych czasopism akurat z tego medium rzadko korzystają. Są to często osoby starsze, z mniejszych miejscowości, albo tradycjonaliści przywiązani do wersji papierowej. Łatwiej jest też ich zainteresować życiowymi historiami, niż np. polityką, czy poważniejszą tematyką.

Biorąc pod uwagę tak dużą ilość takich czasopism i ich popularnością, do podobnego wniosku doszły stacje telewizyjne tworząc ramówkę. Wiadomo, że są pory dnia gdy nie ma szans na ogromną oglądalność. Większość ludzi jest bowiem w pracy, szkole, czy tez ma inne ważne zajęcia. Przed telewizorem zgromadzone są więc osoby starsze, ludzie, którym praktycznie się nudzi lub teleodbiornik towarzyszy im przy pracach domowych. Dlatego prawdziwe historie mogą być w takim wypadku strzałem w dziesiątkę. No i się zaczęło. Mamy już „Dlaczego ja”, „Trudne sprawy”,, „Ukrytą prawdę”, „Pamiętniki z wakacji” i wiele innych. Telewizja Puls próbowała nawet z wersją chorwacką jednego z nich. Sam jestem akurat przeciwnikiem tych programów, które zwyczajnie potrafią „namącić” w głowie. Działają na granicy pomiędzy realnością, a światem wyimaginowanym. Co więcej prezentują „niesamowity” poziom aktorstwa i prawdopodobniej ich jedyne zalety to bycie zapchaj dziurą gdy nie ma co puścić w telewizji i humorystyczne podpisy w tych paradokumentach (z których później śmieją się internauci).

Jednak pomimo lawiny krytyki, wracających jak bumerang artykułów o tym, że to redakcja, a nie czytelnicy przesyłają takie historie, nikt nie myśli o rezygnacji z ich wydawania, ani nadawania czegoś podobnego w telewizji. Bo po prostu „Niemożliwe, a jednak…” nadal są chętni czytać takie gazety, oglądać takie programy. Być może działa tutaj nawet podobny mechanizm do tego, który istnieje w sprawie disco-polo. Niby nikt nie zna, a po kątach słucha. Trudno powiedzieć, ale obawiam się, że takich opowieści w różnych formach będzie jeszcze więcej.