Od zeszłego roku w polskiej telewizji można oglądać specyficzny typ programów reality show, które wypadałoby nazwać audycjami matrymonialnymi. Zarówno „Rolnik szuka żony”, jak i „Kto poślubi mojego syna?” śledzi poczynania bohaterów starających się odnaleźć swoją drugą połówkę przed kamerami. Nic dziwnego, że robienie z miłości czegoś w stylu teleturnieju/zabawy szybo zyskało dużą oglądalność, ale i naraziło się stacje na krytyczne opinie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ostatecznie postanowiła szerzej przyjrzeć się obu programom i przygotować wnikliwą analizę.
13 listopada tego roku opublikowano wnioski wyciągnięte przez Dr hab. prof. UW Beatę Łaciak i od razu można powiedzieć, że są one zdecydowanie negatywne. Po pierwsze zajęto się sprawą autentyczności. Autorka stwierdziła, że często to nie sami rolnicy (z „Rolnik szuka żony”) zgłaszali się do programu, a produkcja programu ich wyszukiwała. Natomiast w przypadku „Kto poślubi mojego syna” częściej nie chodziło o miłość, a zdobycie popularności (w końcu wśród uczestników nie brakowało osób występujących wcześniej chociażby w serialach paradokumentalnych) i pieniądze. Gdyż o ile w programie TVP w regulaminie jasno napisane jest, że uczestnicy nie otrzymują gratyfikacji finansowych za użyczenie swojego wizerunku, to w TVNie można mieć co do kwestii finansowych spore wątpliwości.
Po drugie gra. No właśnie, wszystkie programy reality show mają swoje reguły, do których należy się dostosować. Każdy z uczestników nie musi w 100% pokazywać swojego życia przed kamerą, a ma wręcz możliwość odegrania roli. Stąd chociażby informacja z tego sezonu, że jeden z kandydatów „rolniczki” lepiej wypadał przed kamerą, niż gdy jej nie było. Uczestnicy reality show są elementami pewnego eksperymentu, nie żyją w realnej rzeczywistości (gdyż nieczęsto zdarza się zapraszać do swojego domu kilka kandydatek na żonę i poddawać je różnym testom). Całości tego obrazu towarzyszy ciągłe wspominanie o tym, że mówimy o czymś autentycznym, o prawdziwych emocjach (tak jakby ktoś „podprogowo” chciał nas do tego przekonać).
Po trzecie stereotypy. Tych w obu programach jest zbyt wiele. Zaczynając od obrazu polskiej wsi (niby nowoczesnej, lecz nie do końca), poprzez randki (romantyczne kolacje lub konkurencje sportowe wyzwalające adrenalinę), a kończąc na utrwalaniu roli mężczyzn i kobiet w gospodarstwie domowym. Autorka analizy wskazuje na kobiety, dla których najważniejsze w życiu jest otrzymanie ślubnego pierścionka, z czym łączy się najpierw walka o miłość, a potem jej utrzymanie. Ogólnie idealne żony powinny siedzieć w domu, dobrze gotować i opiekować się dziećmi. Ich wygląd oceniany jest o wiele częściej niż w przypadku mężczyzn oraz inaczej odbierane są ich prowokacyjne zachowania (warto dodać, że analiza oparta była na wcześniejszej edycji programów, w których to tylko mężczyźni decydowali). Smaczku dodaje również kwestia uprzedmiotowienia kobiet, które według analizy wybierane są podobnie jak towar w sklepie!
Ostatecznie Krajowa Rada Radiofonii oceniła jednak, że pomimo skarg żaden z przedstawionych programów nie łamie przepisów. Tym samym nadawcom można jedynie zwrócić uwagę, żeby nie przesadzali ze swoimi pomysłami, a karuzela audycji matrymonialnych może kręcić się dalej. Tyle, że z całej analizy wynika jeszcze jedna dość negatywna kwestia. Tak naprawdę „Rolnika…” i „Kto poślubi…” oglądamy w większości dla śmiechu i poprawieniu naszej samooceny (porównując się do uczestników reality show). Natomiast to źle świadczy już nie o stacjach, które chcą przy pomocy takich audycji wzbudzić sensację i osiągnąć wysokie słupki oglądalności, a o nas samych.
