Wiele razy już pisałem o opłacie audiowizualnej. Ma ona zastąpić obecny abonament radiowo-telewizyjny i sprawić, że na media publiczne będą łożyć wszyscy. A nie jak do tej pory osoby, które zarejestrowały odbiornik. Jednak moment wprowadzania tego nowego podatku cały czas się zmienia. To znaczy, że mało wierzę w jego wejście nawet pod koniec 2015 roku.
Mimo wszystko znaleźli się śmiałkowie, a w zasadzie oszuści, którzy postanowili wykorzystać zamieszanie z opłatą audiowizualną dla swojego zysku. Na czym polega przekręt? Na różne adresy przychodzą listy wzywające do zapłaty, wraz ze specjalnie przygotowanym blankietem na przelew. Całość uwiarygadniają pieczątka Departamentu Kontroli Skarbowej, a także logo Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz podpis jej przewodniczącego Jana Dworaka.
Tak więc mówimy o bardzo zuchwałym oszustwie. Nie dość bowiem, że opłata audiowizualna (której zapłaty żądają naciągacze) w ogóle nie istnieje. To jeszcze podszywają się pod KRRiT (fałszując nawet podpis) i podają swoje konto, na które mają przychodzić pieniądze. Oczywiście w związku z całą sytuacją Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji postanowiła ostrzec i stanowczo zaznaczyć, że nie wysyła listów o podobnej treści.
Niestety oszuści coraz częściej korzystają z różnych zmian, także w kwestii mediów. Bardzo głośne były sprawy z czasu przejścia z naziemnej telewizji analogowej na cyfrową. Gdzie po pierwsze pojawiły się osoby pukające do drzwi domów starszych ludzi i straszących, że nie będą oni mogli oglądać żadnego programu. W taki sposób sprzedawano dekodery (wątpliwej jakości), których wartość kilkakrotnie zawyżano i wciągano biednych ludzi w płatności na raty. Po drugie do domów pukali przedstawiciele różnych platform satelitarnych i kablowych, którzy w podobny sposób przekonywali do swojej oferty z umowami na co najmniej dwa lata.
A szczytem było tworzenie firm nawiązujących do Telekomunikacji Polskiej i Orange w momencie ich złączenie. W prosty sposób nagabywano więc na tańsza umowę, która później okazywała się o wiele droższa (np. ze względu na kary umowne). Co ciekawe wszystko było sprytnie zakamuflowane, bo nazwy fałszywych przedsiębiorstw zaczynały się od „dzień dobry”, czyli słów które osoba dzwoniąca musi użyć. A są przecież też dzwoniący niby z Afryki, których początek numeru przypomina kierunkowy z Polskich miast. W momencie gdy oddzwonimy czeka nas duży rachunek za telefon.
Naprawdę sposobów jest coraz więcej. Nawet w Internecie Polacy najczęściej dają się wrobić w wiadomości na Facebooku o ataku Rosjan, wirusie Ebola, czy seksie nieletnich. Co w takim razie zrobić? W każdym z tych przypadków zachować jak największą ostrożność i mieć ograniczone zaufanie. Jeśli zaś chodzi o osoby starsze to najlepiej je poinformować o różnych metodach oszustów i prosić by najlepiej nie zgadzały się na nic w rozmowie telefonicznej, a przekazały rozmowę komuś z rodziny.
