Pisałem już kiedyś o coraz to niższym poziomie dziennikarstwa w naszym kraju. Jeden z wielu problemów to na pewno nie słuchanie tego co mają do powiedzenia na temat pracy danego dziennikarza zwykli obywatele. W dobie mediów społecznościowych relacja z widzami (i to nie tylko tymi wyrażającymi pochlebne opinie) powinna być podstawą. Stąd należałoby rozważyć amerykański sposób na rozwiązanie tego problemu.
Otóż szanowana gazeta San Francisco Chronicle wysłała wszystkich swoich dziennikarzy na kurs obsługi mediów społecznościowych. Mam tu na myśli po pierwsze umiejętności budowania relacji z ludźmi komentującymi artykuły (czyli właściwe komunikowanie), a po drugie zrozumienie jak wielka siła drzemie w portalach Web 2.0.
Już nie raz zdarzało się (choć głównie zagranicą), że jedna głupia wypowiedź w Internecie rujnowała karierę jakiejś osoby. Pamiętam chociażby o odzywkach rasistowskich pani zajmującej się PR’em lub właśnie amerykańskiej dziennikarki. Dlatego z jednej strony trzeba ostrożnie wygłaszać kontrowersyjne sądy, a z drugiej dbać o przynajmniej minimum prywatności. A o to w portalach społecznościowych niezwykle trudno. Szczególnie, że zamazuje się granica między tym co prywatne, a publiczne. Warto więc posiadać dwa konta. Jedno do komunikacji z ogółem społeczeństwa, a drugie właśnie prywatne, do którego dostęp mają tylko nam najbliżsi, których nie podejrzewamy o działalność w naszej złej wierze.
Dziennikarz jako osoba publiczna musi dawać przykład innym. Co oznacza wyznawanie takich samych zasad również w sytuacjach, które wydają się nie związane z zawodem. Gdy każdy ma aparat/kamerę w komórce wystarczy bowiem zobaczyć znaną osobę i przyłapać ją w jakiejś dziwnej sytuacji, która może podważać jej wizerunek. W dobie współczesnego Internetu niepokojąco „dobrze” działa donosicielstwo. Każdy (a w szczególności osoby publiczne) powinien uważać na to jakie zdjęcia wrzuca na ogólnodostępne profile. Bo wielu może nie podobać się nawet towarzystwo, w którym się obracamy. Przykład dziennikarz na imprezie u polityka.
Wreszcie sprawa „chamskich” odzywek. Te akurat w naszym Internecie są codziennością. Najgorzej jest na różnego rodzaju komentarzach pod artykułami, czy forach. Jednak w portalach społecznościowych też takie się zdarzają. Są bowiem albo osoby, które nie boją się firmować czegoś swoim nazwiskiem, albo tworzą fikcyjne profile i atakują innych bez skrupułów. I tutaj kolejna rzecz, którą dziennikarze powinni się nauczyć. Szczególnie w Twitterze, ale i na innych stronach Web 2.0 ważne jest szybkie reagowanie. Z jednej strony kulturalna odpowiedź na jakąś krytykę powinna być właśnie szybka, ale z drugiej w miarę przemyślana. Tak aby przekuć negatyw w pozytyw. Internauci lubią różne inteligentne sposoby wybrnięcia sytuacji (żart, metafora) i w taki sposób dziennikarz powinien reagować. Poza tym zawsze jest możliwość odwołania się do innych argumentów, dotychczas nie użytych.
Na koniec muszę wspomnieć o tym, że trudno porównywać nas oczywiście ze Stanami Zjednoczonymi. Tam najważniejsze konta na portalach społecznościowych nie prowadzą osoby firmujące je nazwiskiem, tylko specjalnie zatrudnione do tego firmy. One mają możliwość np. zbadania na innym przykładzie czy pojawienie się konkretnego zdjęcia na profilu kogoś znanego zostanie odebrane pozytywnie, czy negatywnie. Oprócz tego u nas wiele rzeczy w Web 2.0 nadal jest stosunkowo nowe. Podczas gdy to w USA takie strony są już znane przez wiele lat. No i jeszcze jedno rozróżnienie. Jednak tam panuje wyższa kultura Internetu. Mam na myśli to, że rzadziej spotkamy się ze stertą inwektyw pod artykułami.
