Myślę, że każdy wie już co to lokowanie produktu. Bowiem w coraz większej ilości audycji telewizyjnych pojawiają się takie reklamy, wtrącone mimochodem. Po co telewidz ma czekać na przerwę reklamową, skoro reklamę herbaty może już zobaczyć gdy piją ją prowadzący program śniadaniowy. Cały proceder rozpoczął się jednak tak naprawdę od 2011 roku.
W poprzednich latach także można było trafić na lokowanie produktu, ale ponieważ nie było większych informacji (belki audycja zawiera/zawierała lokowanie produktu) to wszyscy przyjmowali to jakoś normalnie. Można było przeboleć, że do jakiegoś prawdziwego banku udali się bohaterowie serialu. Jednak nie było to częste, ani tak denerwujące. Istna legalizacja lokowania produktu sprawiła, że z reklamy, które był dodatkiem programu stały się jego esencją.
Co jest w takim razie najgorsze? To reklamodawcy zaczynają rządzić, a nie ekipa filmowa! W każdym momencie gdy zjawi się firma, która jest w stanie zapłacić interesującą kwotę za obecność produktu w filmie, czy serialu, zmienia się jego scenariusz. Co więcej przygotowuje się kilka propozycji, aby reklamodawca mógł zdecydować jak ma wypaść jego produkt, kto go ma trzymać, jeść, popijać itp. Poza tym może sobie zastrzec to z jaką inną konkurencyjną firmą nie chcą być kojarzeni. Czyli co nie może się pojawić podczas odcinka z ich produktem spożywczym. Istnieje również możliwość odwiedzenia planu filmowego i nadzorowanie nagrywania.
Jest jeszcze druga strona medalu. Czyli ekipy, które przygotowują program, go nagrywają, wiedzą, że akurat jakiś bohater będzie przedstawiony w kuchni. Co wtedy się robi? Informuje się, że o to jest niepowtarzalna okazjapojawić się w audycji oglądanej przez kilka milionów ludzi i właściwie zaprezentować produkt. Istnieją też często cenniki za lokowanie produktu. Wiadomo było, że aby pojawić się z produktem np. w programie Polsatu „Nasz nowy dom” trzeba było wydać 50 tysięcy złotych za odcinek lub 950 tysięcy za całą serię. Podobna kwota (około 1 mln zł netto) padała w kontekście „Remontu w 60 minut” TVP1. Nie wiadomo natomiast na jaki koszt należy się przyszykować, by „wystąpić z produktem” w programach śniadaniowych lub audycjach o jeszcze większej oglądalności.
Pozostaje także sprawa programów kulinarnych. Tutaj różnych przypraw itp. jest bez liku. Uczestnicy takich audycji są więc szkoleni jak otwierać opakowania, czy saszetki. Z jednej strony nie można przecież jej tak po prostu urwać. Bo i nie będzie widać loga i wyjdzie na to, że jakość opakowania jest słaba. Najlepiej więc z widokiem do kamery obciąć ostrożnie górę nożyczkami. Choć to wszystko brzmi śmiesznie w reklamie nie tylko tej lokującej produkt ważne są bowiem detale. Często to co wydaje się szczegółem, na który się nie zwraca zbytniej uwagi może decydować o zachęceniu lub zniechęceniu do zakupu.
Należy jeszcze przytoczyć statystyki Pentagon Research. Mówią one o około 150 milionach złotych wydanych na lokowanie produktu, ponad 200 godzin takich reklam w czterech największych stacjach (TVN, Polsat, TVP1, TVP2) i 20 tysięcy lokowań w godzinach 8-10 w roku ubiegłym. A rynek ten przecież ciągle się rozwija. Dlaczego? Bo mamy większe utożsamianie się telewidzów z produktami, które używają ich ulubione filmowe rodziny, kucharze. Chętniej więc po nie trafią, bo zobaczyli je w telewizji. No i maleje ryzyko zmiany programu podczas pasma z reklamami. Przecież na taką krótką chwilę to się nie opłaca, a możemy stracić główny wątek. Całe szczęście, że prawo zakazuje lokowania produktu w niektórych audycjach, bo inaczej mielibyśmy już reklamy przerywane reklamami.
