Kto nie lubi oglądać programów typowo misyjnych. Takich, w którym telewizja z dobroci serca (no i jednak chęci uzyskania wysokiej oglądalności) postanawia pomóc biednym rodzinom. Przeważnie chodzi o osoby, których doświadczył los, mają ciężką sytuację nie tylko finansową, ale także zdrowotną, a stacja wraz ze sponsorami akcji postanawia wyremontować ich dom.
Scenariusz każdego takiego programu jest stosunkowo podobny. Poznajemy historię rodziny, odwiedzamy ich dom, a za remont bierze się wyjątkowa ekipa (lubiana z każdego z odcinków). Później mamy już istną walkę z czasem i choć ostatnie poprawki kończone są już dosłownie, w momencie pokazywania nowego domu głównym bohaterom, zawsze udaje się zdążyć. No właśnie udaje?
Jakiś czas temu jeden z tabloidów zdradził tajemnice chyba najpopularniejszego programu tego typu. To „Dom nie do poznania”, który zyskał również w naszym kraju ogromną popularność, gdy pokazywany był na Polsacie. Prawdę mówiąc dopiero po jego emisji podobne show zaczęły tworzyć nasze stacje.
Obraz wyłaniający się z doniesień prasowych na temat właśnie „Domu nie do poznania” jest prawdę mówiąc negatywny. Tak naprawdę w telewizji oglądamy pomieszczenia, które ekipie udało się skończyć. Często pozostaje jednak taka część domu, która nadal wygląda nie najlepiej, ale o tym się milczy.
Inne problemy to koszty utrzymania odnowionego domu (które później przeważnie przerastają biedne rodziny i zdarza się, że za długi tracą oni nawet swoje posiadłości), brak pomocy ze strony twórców programu po emisji odcinka, kwestia płacenia wyższych podatków po wzroście wartości nieruchomości, kradzieże okolicznych złodziei (w końcu domy te są w nieciekawych okolicach), wybór do udziału bardziej „fotogenicznych” rodzin, czy oszuści adoptujący sieroty, by tylko mieć odnowiony dom.
Ogólnie brzmi to strasznie, ale nie raz byliśmy oszukiwani już przez najróżniejsze telewizje. Nie mówię, że wszystkie programy tego typu są w stosunku do nas widzów nieuczciwe, ale niestety coś takiego może się zdarzać w pogoni za lepszą oglądalnością. Chciałbym więc wierzyć, że przynajmniej w przypadku tego co oferuje nam nasza telewizja nie jest aż tak źle. Bo jednak w tym wszystkim najważniejszy powinien być nie ten jeden z milionów, a ten jeden konkretny przedstawiciel rodziny, której życie może w taki sposób na zawsze się zmienić.

