TTV już od swojego powstania potrafi zaciekawić widzów dość oryginalnymi programami. Mnie szczególnie podobają się różnego rodzaju kontrowersyjne eksperymenty społeczne. Na czele z niekontynuowanymi już „Betlejewski Prowokacje”, czy produkcjami z Przemkiem Kossakowskim. Tym razem jednak na antenie TTV pojawiło się coś zupełnie nowego.
Mowa o „Dniu, w którym pojawiła się forsa”, który prowadzi Dorota Wellman. Na czym polega? Oto wybranej parze uczestników, która ledwo wiąże koniec z końcem, podstawiana jest pod drzwi walizka pełna pieniędzy. Teraz to od nich zależy jak rozdysponują kwotę otrzymaną od stacji telewizyjnej.
W pierwszym odcinku poznaliśmy uczestników. Młode małżeństwo z Radomia z dziećmi, które żyje obecnie tylko z programu 500+ (łącznie otrzymują 1000 zł) z powodu choroby żony. Na początku jeszcze nie wiedzą na czym polegać będzie ich rola, aż ktoś puka do drzwi ich mieszkania i pozostawia 80 tysięcy złotych.
Niestety już po tym co zobaczyliśmy w ostatnią niedzielę można odnieść wrażenie, że pieniądze jednak szczęścia nie dają. 20-latkowie z dziećmi bardzo szybko zaczęli trwonić pieniądze przeważnie na różne gadżety (np. smartwatch, konsola do gier, czy telewizor o cal większy od kogoś z rodziny) i inne zachcianki zamiast skupić się na wymagającym remontu domu (nie mają nawet planu prac, a mąż chce zrobić wszystko sam). Do tego doszedł jeszcze konflikt pomiędzy małżonkami o wyjścia żony do fryzjera, czy kosmetyczki.
Mam nadzieję więc, że w którymś momencie uczestnicy się opamiętają i rzeczywiście skorzystają z pomocy finansowej w bardziej właściwy sposób. Bo na razie choć program w pewnym sensie jest misyjny, to nie sposób odczuć, że jest eksperymentem.
Podglądamy przecież osoby biedne, które znajdują się w nienaturalnej dla siebie sytuacji. Do tego oceniamy ich z pozycji naszego fotela i myślimy jak inaczej zainwestowalibyśmy pieniądze. Jeśli jednak „Dzień, w którym pojawiła się forsa” skończy się to tak jak zaczął, to biedne małżeństwo może poczuć się wykorzystane, ale dla potrzeb rozrywkowych.

