Mówisz Natalia Oreiro i wszyscy wiedzą o co chodzi. Nawet nie oglądając „Zbuntowanego anioła” nie można było nie usłyszeć o tej urugwajskiej aktorce i piosenkarce. Szczytem popularności była dla niej ewidentnie rola Milagros, która sprawiła że po raz pierwszy od „Niewolnicy Izaury” Polacy tak tłumnie zasiadali przed telewizorem przy serialu zagranicznym. Ba, nawet płyty Natalii bardzo dobrze sprzedawały się w naszym kraju.
Samego „Zbuntowanego anioła” stworzono jeszcze w ubiegłym stuleciu (lata 1998-1999) i powstało łącznie 270 odcinków tej serialowej opowieści. Argentyńską produkcję jako pierwszą pokazywała telewizja Polsat (przez rok od 29 maja 2000). Następnie mieliśmy powtórki na TV4, a także w TV Puls (od 2013 roku) i Puls 2.
Teraz „Zbuntowany Anioł” wraca. Wraca właśnie na antenę Pulsu. Wczoraj pokazano pierwszy odcinek. Godzina emisji nie zachwyca, bo to 13:50 w dni powszednie od poniedziałku do piątku, ale powrót tak znanego serialu trzeba po prostu odnotować.
Przede wszystkim dlatego, że wpisuje się we wciąż obecną modę w naszej telewizji. Mam na myśli oczywiście powrót produkcji popularnych przed laty (czy to w wersji odnowionej, czy tradycyjnej). Przecież dopiero co Telewizja Polska zaczęła przypominać chociażby „Doktor Quinn”.
Czy takie powtórki się opłacają? Oczywiście. Nie dość, że ich emisja nie jest taka droga, to jeszcze mówimy o sprawdzonym formacie, do którego widzowie z chęcią wracają (przecież wystarczy spojrzeć na filmy emitowane w naszych tv, by zobaczyć, że te tyle razy powtarzane wciąż mają wysoką oglądalność).
Poprzednio Puls emitował „Zbuntowanego anioła” jeszcze wcześniej, bo o 13:30. No i w tym czasie antenowym zajmował trzecie miejsce wśród wszystkich polskich stacji! Tylko Polsat i TVN potrafiły zgromadzić więcej widzów i pobić świetną średnią udziałów 8,53% w grupie 16-49 lat. Teraz może być podobnie, bo serial ten pasuje idealnie do osób, które o tej porze są przed telewizorem, a nie w pracy, czy w szkole.

