Abonament radiowo-telewizyjny to, co by nie mówić, sól w oku każdej kolejnej ekipy rządzącej. Tym razem wydawało się, że będzie inaczej. Poparcie PiSu wskazywało na to, że nawet obowiązkowa opłata audiowizualne od każdego nie zaszkodzi tej partii tak, by miała z tego powodu wymierne problemy. A jednak oni też chyba już się poddali.
Przypomnijmy, opłata audiowizualna miała zastąpić abonament. Dotychczasowa opłata za media publiczne, po prostu się nie sprawdza. Jej ściągalność, nawet jeśli już trochę poprawiona, nadal nie wystarcza na ich swobodną działalność, stąd pożyczki z budżetu. W końcu TVP liczyła, że w krótkim czasie wszyscy zaczną płacić, a nie przewidywała takich perturbacji we wprowadzeniu nowej opłaty.
Obowiązkowa opłata za media, po prostu wielu Polakom się nie podobała. Główną kością niezgody była kwestia tego, skąd brać dane osób, które mają płacić. Pomysły o liczniku prądu, PITach, sprawiały, że w niektórych wypadkach opłaty by się multiplikowały, a przecież nie każdy chce oglądać media publiczne (nie ma telewizora, radia, albo te media krytykuje, ale musi pamiętać, że opłata dotychczas była za samą możliwość dostępu do tych mediów). Później było jeszcze gorzej. Pomysł pobierania danych o abonentach od platform satelitarnych i kablowych, rodził wątpliwości prawne, nie zgadzali się też operatorzy przerażeni możliwością utraty klientów.
No i nagle pojawił się głos rozsądku. Coś o czym wielu w kuluarach mówiło od dawna. Czemu nie finansować mediów publicznych z budżetu państwa? No i o tym wspomniał przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.
W gruncie rzeczy wygląda więc na to, że rząd odpuszcza obowiązkową opłatę audiowizualną, jest bliski likwidacji abonamentu i finansowania mediów, tak jak np. Słowacy, z budżetu. Odważna decyzji, ale taka której aż tak zwykli telewidzowie nie odczują. Otwarte pozostaje pytanie czy jednak 2,5 – 3 mld złotych rocznie nie sprawi, że zależność mediów od rządu nie będzie jeszcze większa.

