Mogłoby się wydawać, że we współczesnym świecie każdy odpowiedzialny jest za siebie. Nawet hejterzy Internetowi, którzy czując pozorną anonimowość wylewają swój jad, głównie na osoby znane. Ktoś powie, że w końcu mamy wolność słowa. No mamy, ale i w tej wolności są pewne granice.
Ostatnia decyzja Sądu Najwyższego stanowi ewidentnie przełom w kwestii właśnie obrażania w polskim Internecie. Okazuje się bowiem, że odpowiedzialność za obraźliwe słowa spoczywa nie tylko na poszczególnych Internautach, ale i komercyjnych serwisach Internetowych.
Przełomowa okazała się sprawa prawnika i byłego polityka Romana Giertycha, który do sądu podał tabloid „Fakt”. Wszystko ciągnęło się od 2011 roku, bo to wtedy pojawił się artykuł „Giertych chce odebrania imunitetu Kaczyńskiemu”, a w międzyczasie już dwukrotnie zarzuty wobec wydawcy oddalano. Jednak odwołanie do Sądu Najwyższego było skuteczne.
Co to oznacza w praktyce? Większą pracę dla moderatorów zajmujących się komentarzami na stronach, które zwyczajnie zarabiają (bo społecznościowe, niekomercyjne i prywatne nie muszą się niczego obawiać). Bo to serwis jest tak naprawdę odpowiedzialny za obraźliwe słowa napisane przez jego użytkowników. Należy więc szybko reagować i usuwać niepochlebne opinie.
Tym samym jedyną linią obrony jakiegokolwiek komercyjnego portalu może być udowodnienie, że nie wiedział o takim komentarzu. Co tak naprawdę nie jest przecież łatwe. Owszem często mówimy w takim przypadku o wielkich portalach, gdzie jakiś ten jeden komentarz może się zagubić, a zatwierdzanie każdego poszczególnego wpisu jest trudne. Jednak gdy w grę wchodzą czyjeś dobra osobiste to trzeba się poświęcić i robić wszystko by w ten lub inny sposób wyplenić hejterów.
Bo to kultura i próby jej wprowadzanie do naszego Internetu powinny być najważniejsze. Nawet kosztem dłuższego oczekiwania na pojawienie się poszczególnego komentarza. Przecież to dla dobra nas wszystkich. No chyba, że wtedy wszyscy hejterzy przeniosą się np. na zupełnie niezagrożone portale społecznościowe.

