Telewizja (nie do końca) śniadaniowa

Wszystko na to wygląda, że formuła telewizji śniadaniowej zaczyna się wyczerpywać. A wskazują na to wyniki oglądalności. Najbardziej popularne jest nadal Dzień Dobry TVN (z ponad 640 tysiącami widzów) choć systematycznie traci widownię. Postanowiłem więc przedstawić moją wizję na temat tego typu audycji.

Należałoby zacząć od historii. Jeśli chodzi o świat to prekursorem była oczywiście Ameryka. W 1952 lokalna stacja WPTZ zaczęła nadawać poranny program z udziałem komika. Większość czasu poświęcono na rozrywkę, a wiadomości, czy pogoda były tam tylko dodatkiem. Ten format na tyle się spodobał, że wszystkie największe kanały w USA postanowiły emitować swoją wersję. A do legendy przeszło m.in. Today od NBC.

U nas pierwsza była Kawa czy herbata, która pojawiła się w Jedynce w 1992 roku. Jednak jako całość program wydawał się zbyt sztywny i zbyt daleki wzorców amerykańskich. Tym samym prawdziwym przełomem okazało się dopiero Dzień Dobry TVN. Pierwszym zaskoczeniem było to, że stacja prywatna wzięła się za realizowanie takiej audycji, które dotychczas były domeną jednak Telewizji Polskiej. TVNowi wystarczyło jednak niewiele czasu by prześcignąć TVP (i głównie konkurencyjne Pytanie na śniadanie). Co się zmieniło? Dwójka prowadzących, żarty, żywa telewizja, eksperci i ciekawe tematy. Jednak jak zawsze tych zaczęło brakować.

Obecnie telewizja śniadaniowa źle się kojarzy. Dla mnie to całkowity miszmasz wielu programów złączonych w jeden. Choć nadal mamy luźny styl prowadzenia, humorystyczne wstawki i krótkie wiadomości są powody by się takiego show obawiać. Zdarza się bowiem, że treść jakiegoś reportażu, albo nagłośniony problem zupełnie nie pasuje do śniadania. Co więcej jeśli chciałoby się spokojnie zjeść należałoby przecież telewizor wyłączyć. W wielu wypadkach jest bowiem łamane tabu. Nie wiem, ale jakoś temat z udziałem seksuologa ma się nijak do herbatki i kanapeczki.

Poza tym mamy niekończący się festiwal lansowania. Zasadniczo zapraszani są celebryci, których uczestnictwo nie drażni w części dotyczącej plotek, albo nawet w wywiadach. Ale kto chce ich oglądać gdy przedstawiany jest np. problem biednych dzieci. Dalsza cześć lansowania jest jeszcze bardziej dziwaczna. Wymienianie się między programami. Raz pójdę tu raz tu. A także zgłaszanie się tam na siłę. Napisałem książkę, czyli muszę pojawić się w każdej telewizji śniadaniowej. Nagrałem płytę muszę tam zaśpiewać. Nakręciłem teledysk, opowiem o kulisach. A sama telewizja śniadaniowa tylko się cieszy bo ma gotowy materiał do pokazania i nie trzeba szukać nowych tematów.

Telewizja śniadaniowa zamyka się również i pokazuje powtarzające się osoby. Dobrze, że celebrytom potrafią towarzyszyć eksperci z danych dziedzin. Jednak co z tego skoro są to ci sami eksperci. Podejście jest takie, że skoro raz już się sprawdził, to zadzwonimy do niego znowu np. za tydzień w podobnej sprawie. A to zwyczajnie widza może nużyć. Co w takim razie robi telewidz? Coraz częściej zmienia kanał lub wyłącza telewizor.

I tu dochodzimy do sedna. Telewizja śniadaniowa była fajna przez jakiś czas. Mimo, że nadal działa na Amerykanów, to jednak nie powinniśmy w wielu kwestiach z nimi się porównywać. U nas tematy są podobne (wydaje się jakby stacje od siebie „zżynały”), ludzie są prawie tacy sami, o konwencji nie mówiąc. Dlatego są stacje, które podczas śniadania zyskują kosztem telewizji śniadaniowej. To oczywiście kanały informacyjne. Tam celebrytów mniej, wiadomości poszerzone i tematy ważniejsze. A to potwierdzają wyniki oglądalności, bo TVN24 i Polsat News w tym samym okresie (marzec) zyskują łącznie w zasadzie tyle samo co tracą Dzień Dobry TVN i Pytanie na śniadanie.