W obronie zakończenia serialu „Jak poznałem waszą matkę”

Pomyślałem, że napiszę o znanym i lubianym amerykańskim serialu CBS „How i met your mother”. Zarówno w USA, jak i w Polsce (ostatnie odcinki były emitowane w ostatnią niedzielę w Comedy Central) po 9 sezonach znamy jego zakończenie. Tym samym z pełną odpowiedzialnością mogę o tym napisać nic „nie spoilerując”, bo fani serialu już wiedzą co się wydarzyło.

Przypomnę, że fabuła „Jak poznałem waszą matkę” opiera się na opowiadaniu przez Ted’a (głównego bohatera) przygód paczki swoich przyjaciół swoim dzieciom. Prawie w całości opiera się więc na wspominaniu przeszłości. Celem jest jak się można domyśleć wyjaśnienie dwójce dzieci jak to się stało, że pomimo tylu perypetii, w tym szalonym świecie poznał ich matkę.

A teraz do rzeczy. Po wyemitowaniu ostatnich odcinków na twórców serialu posypała się krytyka, która moim zdaniem w całości nie była uzasadniona. Co takiego się stało? Na zakończenie znamy już historię tytułowej matki, ale ta po latach umiera (na przewlekłą chorobę), a Ted otrzymuje od swoich dzieci pozwolenie (po 6 latach od śmierci matki) na to, żeby znowu zaprosić na randkę Robin (która tak naprawdę była miłością jego życia). Staje więc jak w pierwszym odcinku pod jej oknem z niebieskim puzonem i koniec.

Co w takim razie zdenerwowało wielu fanów? Przez 9 sezonów czekali na to, aby dowiedzieć się jak Ted poznał swoją żonę. Gdy to się dzieje, ta po dosłownie kilki odcinkach umiera. Zamiast więc happy endu, serial komediowy staje się, w pewnym sensie, dramatem. Natomiast zakończenie to nie opowieść o dobrychmomentach spędzonych z tytułową matką, tylko autorzy wracają do miłości Robin-Ted i dopiero wtedy pojawiają się napis końcowe. Doszło do tego, że fani zaczęli tworzyć własne zakończenia, zamieszczając je np. na Youtubie. Te choć początkowo usuwane, są tak często wrzucane, że i tak nie ma problemu z ich znalezieniem. Zasadniczo wspomniane filmiki kończą się wcześniej, czyli wtedy gdy Ted spotyka przyszłą żonę na peronie, czekając na pociąg. Sprawę wyjaśnić ma także obiecane przez autorów serialu drugie, jeszcze inne zakończenie, które ma się znaleźć na wydaniu DVD.

Dlaczego jestem więc zdania, że scenarzyści wszystko właściwie rozegrali? Po pierwsze rozumiem ich zamysł. Nie w całości, ale w części byłem w stanie przewidzieć zakończenie. Czy byłby sens w opowiadaniu dzieciom samemu (bez matki) o tym jak się spotkało ich matkę, jeśli jej nic się stało i jest np. w pokoju obok? Nie wydaje mi się. Kolejna sprawa to dlaczego w tak długiej historii, prawie w ogóle osoba, której ona dotyczy, się nie pojawia. Nawet dzieci wskazują na to, czy Ted opowiada to dlatego, że kochał Robin. Całość to bowiem spotkania w barze tej samej paczki przyjaciół. Pozostaje także sprawa zamknięcie całości serialu w klamrę. To Robin jest pierwszą i ostatnią dziewczyną Teda. Co więcej nic się nie zmieniło, bo nadal mieszka ona w tym samym miejscu z psami. Należy wspomnieć również o tym, że sceny z dziećmi nagrywano podczas pierwszych sezonów, tak aby podczas opowieści nie było widać, że się starzeją. Tak więc koniec był z góry przewidziany.

No i to co moim zdaniem jest najważniejsze. Koniec serialu przedstawia prozę życia. Barney (największy podrywacz) ostatecznie po rozwodzie z Robin, ma córkę. Teraz to on się zmienia i będzie musiał powstrzymywać w przyszłości swoją córkę od takich typów jak on. Marshall i Lily nadal są ze sobą i mają kolejne dziecko, tworząc udane małżeństwo. Natomiast Robin przeżywa jedną złą decyzję w swoim życiu, czyli to, że wybrała Barney’a, a nie Ted’a. To tylko sprawia, że koniec jest liryczny, ale nie ma tak negatywnego wydźwięku jak wielu się wydaje. Mam na myśli to, że całość potoczyła się tak, że ostatecznie Robin i Ted będą razem. Często bowiem pojawia się ten moment, gdy czegoś się żałuje, a jest już za późno by to zmienić. Tutaj ta pierwsza miłość (z pierwszego odcinka) temu przeczy. Ale przecież życie to komedia pomyłek.