Już z tytułu postu prawdopodobnie każdy wie o czym on będzie. Film „Wywiad ze słońcem narodu” poruszył lawinę zaskakujących zdarzeń i decyzji. Teraz już raczej nikt go nie obejrzy. Krócej mówiąc pojawiła się cenzura na światową skalę.
Jak to możliwe, że z pozoru błaha komedia poruszająca kwestię zamachu na życie Kim Dzong Una stała się jednym z największych zagrożeń współczesnego terroryzmu? Na pewno wpływ na to miał pomysł. Powiedzmy sobie szczerze rzadko w filmach tego typu znajdziemy odnośniki do prawdziwych postaci świata politycznego. W tych, które ja oglądałem nawet prezydent USA (grany przez aktorów) różnił się od obecnie urzędujących. Z drugiej strony gdyby USA reagowała w podobny sposób na każdy dziecięcy wierszyk nawołujący do zabijania ich żołnierzy (których w Korei Północnej jest bez liku – wierszyków, nie żołnierzy) cały problem w tamtym regionie by się rozwiązał.
Jednak to nic biorąc pod uwagę dalsze wydarzenia. Oficjalnie nie Korea (a oficjalnie wszyscy wiedzą, że ona) przygotowała atak hakerski wymierzony w kierunku wrogiej dla nich firmy prywatnej, dalej zwanej Sony. Bez problemu zdobyto hasła, a także w dalszej kolejności wszystkie możliwe dane (z prywatnymi danymi osobowymi i korespondencją włącznie). Po to by móc wypuścić w sieć pierwszą część najciekawszych informacji. Najwięcej oberwało się producentce za „rozwydrzoną” Angelinę Jolie.
Poza tym była groźba ataków terrorystycznych na kina, które komedię za 44 miliony dolarów wyświetlą. Groźba przypominała o 11 września (swoją drogą w coś takiego z punktu widzenia Korei Północnej nie wierzę, kraj ten sam takiej operacji by nie przeprowadził). Na przykładzie całego zamieszania widać, że państwo Kim Dzong Una ma większy potencjał w cyberterroryzmie, niż tym tradycyjnym (które wydaje się, że jest zwyczajnie droższe, choć wymaga innego przeszkolenia rekrutów).
Mimo wszystko groźba ta plus strach przed ujawnieniem kompromitujących informacji o firmie wystarczały by „Wywiad ze słońcem narodu” nie ujrzał światła dziennego. Co potępił prezydent Obama, a Sony wytłumaczyło się tym, że kina filmu po prostu nie chciały kupić.
Przy okazji wszyscy mówią jak cyberterroryzm jest groźny itd. Ale najpierw należy się przyjrzeć samemu Sony. Mówimy bowiem po pierwsze o firmie prywatnej, która nigdy nie spodziewała się ataku hakerskiego tego typu. A po drugie firmie, której zabezpieczenia są po prostu bardziej śmieszne niż cała problematyczna komedia. Wystarczy wspomnieć, że serwer z muzyką przed nagraniem na płyty był otwarty przez ponad rok! Hasła dostępne były w Internecie, a każdy chętny mógł sobie z niepublikowanymi utworami robić co chciał. Do momentu gdy je udostępnił (w taki sposób w sądzie znaleźli się fani Michaela Jacksona i dopiero wtedy zmieniono hasła).
No i jeszcze głupie tłumaczenia. Jakby ktoś w Sony miał jaja to prawa do „Wywiadu ze słońcem narodu” sprzedano by za 100 tysięcy pisarzowi Paulo Coelho (który chciał film udostępnić w Internecie za darmo). I choć firmie tej zawsze zależało na jak największym zysku, to tylko upewnia nas, że to o zdobyte przez hakerów informacje w tym wypadku chodzi.
A sam film. Tak czy siak obrośnie legendę. Dlatego to co zrobiła Korea było równie nieprzemyślane. Zawsze najlepiej smakuje bowiem zakazany owoc. A gdyby komedia trafiła do kin to pewnie dopiero wtedy Kim Dzong Un zobaczyłby, że to nic groźnego. Ba o istnieniu takiej produkcji w natłoku Hollywoodzkich premier zapomniano by po dwóch dniach. Naprawdę bardziej spodziewałbym się ataków ze względu na pokazanie jakiegoś filmu dokumentalnego o Korei Północnej. Natomiast jakoś do tej pory to nie miało miejsca. Więc zwolennicy teorii o cenzurze wszystkich dzieł niepochlebnych Szanownemu Przywódcy przynajmniej na razie przesadzają. Za to bardziej niebezpieczny może być obecnie cyberterroryzm rodem z Rosji, niż państwa Kim Dzong Una. Takie czasy.
Aktualizacja: Na szczęście film ma się pojawić. Za to Fox przestraszył się ekranizacji komiksu Pjongjang.
