Ponad 1200 odcinków i problem, który każda stacja chciałaby mieć (spadek oglądalności do 6,4 mln widzów, co wciąż daje co tydzień miano najpopularniejszego programu w polskiej telewizji). Mowa oczywiście o serialu „M jak Miłość”. Trudno wyobrazić sobie TVP2 bez opowieści o losach rodu Mostowiaków (szczególnie, że akurat one przeczą krytycznym głosom co do złych wyników badań oglądalności Telewizji Polskiej u Nielsena). Są jednak ludzie, którzy zwyczajnie mają tego fenomenu dosyć.
„Fakt” ze szczegółami donosi jak blisko było tragedii w jednym z domów w warmińsko-mazurskich Bartoszycach. Wszystkiemu winny był oczywiście serial „M jak miłość” i trochę wypitego alkoholu. Mąż pani Krystyny (Grzegorz) już od dłuższego czasu narzekał na jej zamiłowanie do Mostowiaków. Tym razem jednak to co zobaczył w jednym z odcinków sprawiło, że dosłownie rzucił się z toporkiem na telewizor.
Co tak bardzo rozwścieczyło trochę podpitego Grzegorza? Jeśli wierzyć relacji brukowca, chodziło o scenę, w której Marcin i Monika zostają kochankami i w taki sposób zostaje zdradzona Iza (więcej szczegółów nie znam bo nawet nie wiem kto tam gra kogo i co to za role). W praktyce było to jednak zapewne przeciążenie masą wątków poruszanych w tym serialu od lat.
W końcu ile można wytrzymać oglądając w kółko zdrady, wypadki samochodowe, zaginięcia i wiele więcej plag zsyłanych na jedną biedną rodzinę tylko po to, by jeszcze bardziej zainteresować widzów (do tego odgrywane to wszystko przeważnie przez osoby aż tak na aktorstwie się nie znające).
Ostatecznie panu Grzegorzowi współczuć można z dwóch powodów. Po pierwsze, że mimo wielkiej niechęci od wielu lat, ze względu na żonę, śledził jednak to co działo się na ekranie. Natomiast po drugie ze względu na uszkodzony telewizor. Co oznacza dla niego brak możliwości obejrzenia zbliżających się mistrzostw europy w piłce nożnej (na które podobno czekał).
Warto jednak na chwilę pomyśleć, czy nie ma przypadkiem więcej takich frustratów, których wychowała sobie nasza telewizja. Nie lepiej więc gdy czegoś nie potrafimy znieść, po prostu pójść się przejść na spacer, odwiedzić sąsiada, który może „M jak miłość” nie ogląda lub zrobić masę innych rzeczy za zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami (by te różne głupoty do nas nie docierały). Albo po prostu mieć święty spokój i w ogóle zrezygnować z telewizora. Bo już jego wyrzucania i dosłownego przepoławiania toporkiem nie proponuję.

