Dziennikarz powinien kierować się w swojej pracy pewną etyką. Zasadami spisanymi i zasadami, z którymi się zgadza wykonujące ten zawód. To nie bloger, ani zwykły człowiek mogący w komentarzu wyrazić swoje zdanie, ale ktoś komu o wiele bardziej ufamy. Ufamy, bo liczymy na to, że sprawdza swoje źródła, prowadzi śledztwo dziennikarskie właściwie i stara się mimo wszystko być bezstronnym przy poszczególnych materiałach. Tyle, że taki jest ten świat idealny.
Wręcz utopia, niedościgniony wzór cnót dziennikarskich. Coś, co po prostu, niestety, odchodzi w dal. Niestety z punktu widzenia wolności mediów i zwykłego obywatela. Stety dla tych, którzy na czymś takim zyskują, niekoniecznie pieniądze. Jest przecież coś takiego jak reklama. No i jest coś takiego jak artykuł lub materiał sponsorowany. Jeśli jest on podpisany w sposób widoczny i zrozumiały, to ok. Gorzej jeśli o tego typu autopromocji dowiadujemy się po czasie.
No i tak dowiadujemy się o tym jak to Polsat News promował Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Oko Press dotarło do dwóch umów i powiązało je z pewnymi występami na antenie stacji informacyjnej. No i zaczęła się afera.
No bo jak to. Naprawdę można za pieniądze wykupić sobie czas antenowy w stacji newsowej i wypowiedzieć się w niej bez większego problemu? Na to wygląda. Mowa o czterech relacjach z Narodowego Kongresu Nauki (z wybranymi osobami, które miały w nich się wypowiadać) plus 5-minutowej rozmowy z ekspertem za około 37 tysięcy złotych i trzy sześciominutowe wywiady oraz cztery artykuły sponsorowane w Internecie za ponad 234 tysiące złotych.
Sumy niebanalne, a usługi warte zauważenia. Szczególnie, że widzowie raczej myśleli, że mają do czynienia z normalnym dziennikarstwem, a nie wybranymi, umówionymi kąskami. Oczywiście mówimy w tym wypadku o plotkach. Głównie dlatego, że Polsat zaprzecza i nie łączy ujawnionych umów oraz sum z poszczególnymi wywiadami. Choć tak naprawdę ciężko w taki przypadek uwierzyć.
Tak naprawdę warto czekać chyba na ewentualną informację publiczną i udostępnienie umów, o których mówi się w Internecie. Tam wszystko powinno być lepiej opisane, choć może sprytniej, by sprawy nie wykryć.
Cała sprawa rodzi jednak jeszcze więcej pytań. Ile podobnych rzeczy nie wychodzi na światło dzienne? Jak często idee na materiały dziennikarzy zajmującymi się informowaniem społeczeństwa są im podsuwane? No i czy wszystko jest na sprzedaż? Najwidoczniej trzeba porzucić wszystkie nadzieje i zacząć samemu wyłuskiwać istotniejsze wiadomości, analizując dyskurs kilku stron w danej dyskusji i nie siedzieć przed telewizorem chłonąć wszystko, a myśleć, także za dziennikarzy.

