Eurowizja i rosyjska telewizja

Po wczorajszym show przyszła pora podsumować Eurowizję. Zwyciężyła Austria i Conchita Wurst (nazywana też kobietą z brodą). Polska wróciła po 2 latach i w 20 rocznicę pierwszego występu w konkursie zajęliśmy dobre 14 miejsce (choć niektórzy liczyli na więcej). Ja natomiast spory fragment wieczoru spędziłem z rosyjską telewizją publiczną (kanałem Rossija 1), który także pokazywał Eurowizję. Liczyłem na propagandę i coś ciekawego, no i się nie zawiodłem.

W odróżnieniu od nas, telewizja rosyjska transmisję zaczęła o godzinie 20 naszego czasu (22 moskiewskiego). Oczywiście nie był to już konkurs piosenki, ale szczególnie przygotowane, na tą okazję, studio. Tam mieliśmy jednego prowadzącego i dużą ilość publiczności usadzonej w kółko. Z tym, że najbliżej na specjalnej kanapie siedzieli ważniejsi goście (w tym między innymi rodzice i młodsza siostra reprezentujących Rosję sióstr). Żeby wzmocnić przekaz zaproszono bliźniaczki i bliźniaków z całego kraju.

Zasadniczo w pierwszej części (poprzedzającej show) zajęto się głównymi faworytami. Pokazano fragmenty ich występów i komentarze osób ze studia, a także przedstawicieli telewizji na miejscu w Kopenhadze. Sam program zaczął się jednak od wyśmiewania artykułu gazety Independent, która napisała o Eurowizyjnej wojnie na głosy między Rosją, a Ukrainą (temat ten powracał także po przerwie reklamowej). Próbowano pokazać jak bardzo nieobiektywny jest zachód. Całość sprostowano mówiąc, że na Eurowizji tego nie widać, każdy się lubi, a temat Krymu nie został poruszony ani razu w rozmowach za kulisami konkursu.

Pierwsze co zwróciło moją uwagę w programie, to pewność siebie Rosjan. W zasadzie przyznawali już sobie zwycięstwo w konkursie. Wspominali o tym jak dobrą mają piosenkę i piękne, utalentowane dziewczyny (pokazywano także ich starsze wystąpienie w szkole z patriotyczną piosenką, co ewidentnie wzruszyło publiczność). Kolejna zaskakująca sprawa to wyniki pierwszego półfinału, w którym Rosja startowała. Te pojawiają się dopiero po skończeniu całego konkursu, żeby nic nie sugerować głosującym w finale. Jednak rosyjska telewizja takie wyniki z nieokreślonego źródła (strona internetowa) miała. Wskazywała na ponad 600 tysięcy głosów i ich druzgocącą przewagę np. nad Holandią (co potem zweryfikował sam konkurs).

Jest jeszcze sprawa późniejszego głosowania. Przedstawiono bowiem sprawę występu w finale Białorusi. W studiu byli także białorusini, którzy komplementowali piosenkę Rosji, natomiast reszta publiczności odwzajemniała komplementy. Jeśli nie Białoruś, to zasugerowano, żeby głosy oddawać na Armenię. Choć pojawiała się sprawa konkurencji Austrii była ona lekceważona. Co jednak jeśli Rosja by nie wygrała Eurowizji? Wspomniano o ewentualnym spisku zachodu. Motywowano to tym, że od jakiegoś czasu smsy i telefony to tylko 50% późniejszych rezultatów. Mówiono więc, że jeśli w danym kraju dobrzy ludzie dadzą najwięcej głosów na Rosję, a zachodnie jury w tym samym państwie nie przyzna punktów ich piosence, to jest to równoznaczne ze słabym wynikiem. Natomiast ewentualne szanse Ukrainy uznawano za czysty pokaz polityczny zachodu.

Co różniło jeszcze przekaz naszej telewizji od rosyjskiej. Podczas samego konkursu u nas pokazywana była całość, natomiast w Rosji gdy pojawiał się przerywnik filmowy (np. ten żartobliwy o muzeum Eurowizji) emitowano reklamy. Tym samym widz mógł zobaczyć same piosenki, wywiady z uczestnikami i podsumowanie głosowania. Sama transmisja też nie była (jak wcześniej sugerowano) opóźniona. Najszybciej wszystko pojawiało się w telewizji białoruskiej, potem polskiej i na końcu rosyjskiej (ale różnica była maksymalnie 1-2 sekund, co zapewne zależało od łączy, a nie jakiejś ingerencji). Wszystko co najlepsze działo się jednak już po zakończeniu Eurowizji.

Rosyjska telewizja (podobnie jak białoruska, na którą jedynie zerkałem) musiała bowiem pokazać całość, gdyż skandalem byłoby np. zakłócenie występu Austrii lub niepokazanie zakończenia z wręczaniem statuetki. A to zwyczajnie wraz ze słabym (powiedzmy sobie szczerze) wynikiem swoich reprezentantek rozsierdziło Rosjan w studiu. Zaczęło się bowiem bardzo mocno, od przemówienia mówiącego, że to co widzieliśmy to koniec Europy. Rosja walczyła o wyzwolenie, a oni im teraz takie coś zgotowali. Przecież zrobili wszystko co trzeba czyli wysłali niczego niewinne 18-letnie dziewczyny, które jeszcze zostały wygwizdane kilkakrotnie. Dalej była sekwencja o tym, że jak tak można, a z prawdziwą niechęcią oceniano Conchitę, zastanawiając się w jaki sposób mogła wygrać. Twierdzili, że to nawet nie była ładna piosenka, ani dobrze zaśpiewana tylko bazowanie na sensacji. Dopiero później jedna osoba w studiu powiedziała (oczywistą w naszym kraju tezę), że to nie jest konkurs piosenki tylko telewizyjne show.

Całości tych wymian zdań towarzyszyła niepokojąca atmosfera. Wszyscy się przekrzykiwali, co niektórzy wyskakiwali ze swoich siedzeń na środek studia. W każdym momencie można było się doczekać rękoczynów, a całość próbował uspokajać prowadzący. Natomiast raz na jakiś czas operator pokazywał tylko zaczerwienione twarze zgorszonych bliźniąt na publiczności (żal było też rodziny uczestniczek konkursu, która nie wiedziała jak się zachować). Dobrze, że u nas nie ma aż takich emocji, bo z werdyktem można się nie zgadzać, ale pomysł przedstawiania Eurowizji jako kolejnej walki między wschodem, a zachodem nie jest właściwy. Sam wybrałbym piosenkę holenderską (i nie chodzi tu sugerowanie tego przez Artura Orzecha). Choć nie dziwię się rosyjskiej telewizji, gdyż ich podejście sugerowało próbę wytłumaczenia zaskoczonej widowni w kraju, o co chodzi w tym co właśnie zobaczyła.