Zawsze emocjonuję się różnymi wynikami badań oglądalności telewizji. Wyjątkowo ciekawe jest dla mnie sprawdzania, który format się sprawdził, albo która ze stacji najwięcej traci na przestrzeni tygodnia, miesiąca, czy roku. To myślę, że już wiecie jeśli czytacie mojego bloga. Jednak wiem też jakie problemy może sprawiać pełna wiara w telemetrię, która powiedzmy sobie szczerze, nie jest doskonała. Może więc pokazywać ogólne tendencje, ale te ostateczne liczby często są nieoszacowane lub przeszacowane. Dlatego przyszła pora i o tym napisać.
Ile osób decyduje o ostatecznych wynikach? Jedynie 1700. To właśnie oni posiadają w swoim domu telemetr od firmy badawczej Nielsen. Co oznacza, że jeśli widzimy oglądalność na poziomie 3 milionów, to jest to średnie pomnożenie czasu spędzonego przed telewizorem i wyborów jedynie 1700 osób.
Dlaczego można jednak im dawać wiarę? Prosta sprawa są to przedstawiciele narodu. Mam na myśli to, że są oni wybierani według cech wykazanych przez raporty Głównego Urzędu Statystycznego. Jest to więc odzwierciedlenie naszego społeczeństwa, tylko w miniaturze. Czyli są przedstawiciele różnych zawodów, mieszkańcy mniejszych miast, większych, czy wsi, a także w różnym wieku, korzystających z różnych źródeł oglądania programów. Do tego dochodzi średnia osób, które nie oglądają telewizji. Po prostu wyciąga się średnią ze średniej.
Dobre jest przynajmniej to, że raz na rok 255 osób się zmienia. Tak więc nie mamy decyzji cały czas tych samych ludzi. Jednak trzymając się zasad już ponad 1000 grupa jest uznawana w naszym kraju za reprezentatywną, więc wszystko odbywa się prawidłowo. Mimo wszystko szczególne wątpliwości mogą więc budzić dwa skrajne przypadki. Chodzi mi o bardzo wysoką oglądalność i bardzo małą, bowiem przy nich można mieć pewne wątpliwości.
Na te wskazują także nadawcy, którzy jednak na podstawie właśnie takich badań oceniają przydatność audycji w ramówce. Trzeba jednak pamiętać o przyzwyczajeniu się widzów, albo sprawie pojawiania się nowych kanałów. Swego czasu przedstawiciel Stars TV narzekał na to, że pomimo pojawienia się stacji w największej kablówce w Polsce ich słupki z oglądalnością nie drgnęły. Stało się to dopiero po jakimś czasie. Tak jakby widzowie z zainstalowanym telemetrem i telewizją kablową nie wiedzieli, że dołączono do ich pakietu nowy program telewizyjny.
Sam telemetr to rodzaj dodatkowej przystawki, znajdującej się pomiędzy telewizorem, a np. dekoderem. Najpierw za pomocą dostarczonego pilota użytkownik loguje się i podaje ważne dane, tak aby jego wynik był uznany za wiarygodny, po czym zwyczajnie siada przed teleodbiornikiem i ogląda to co chce. W tym czasie urządzenie zbiera po prostu dane, zapamiętując decyzje podejmowane przez badanego, już pilotem od telewizora.
Jeśli chodzi o badania telemetryczne to pojawiać się może także zarzut reaktywności, czyli innych decyzji ludzi pod wpływem tego, że są w danym momencie badani. Czyli np. nie chcą włączyć jakiegoś programu telewizyjnego, bo się wstydzą. Jednak ja akurat w to nie wierzę. Problem taki może wystąpić jedynie w sytuacji sam na sam z badaczem. Tutaj mamy urządzenie, a biorąc pod uwagę ilość osób dane pochodzące z danego gospodarstwa domowego są całkowicie anonimowe.
Ogólnie mówiąc, badania oglądalności nie są idealne, ale jak w przypadku demokracji lepszego ustroju nie wymyślono. Tym samym telemetrii warto wierzyć, ale mieć zawsze w głowię tą myśl, aby przeglądając jej wyniki na chwilę się zastanowić. Ważne jest to, że technologia ta się rozwija. Mamy coraz lepsze sprawdzanie oglądania telewizji przez inne urządzenia niż tylko telewizory, a to przecież obecnie rynek internetowej telewizji najszybciej rośnie. No a tak jak w sondażach prowadzenie badań w każdym domu nie miałoby sensu. Z drugiej strony może coś się zmieni gdy prawie każdy będzie miał Smart TV, które po cichu mogą nasze zachowania telewizyjne śledzić.
