Bezpieczeństwo plików w chmurze

Niedawno do kin trafiła amerykańska komedia „Sekstaśma”. W niej dość humorystycznie pokazano wszystkim na czym polega udostępnianie plików na wirtualnym dysku (tzw. chmurze). A jednak wymyślony scenariusz, jak się okazało, nie był tak daleki od rzeczywistości.

Tak naprawdę dyski sieciowe są świetnym pomysłem. Potrzebny nam plik (bez względu czy to dokument tekstowy, zdjęcie, film czy archiwum) umieszczamy tam po to, żeby móc z niego korzystać wszędzie. To znaczy daleko od domu, na wyjeździe, w tramwaju (na urządzeniu mobilnym). Tym samym nie musimy już ze sobą nosić np. pendrivów, gdyż dostęp do ważnych dla nas plików mamy wszędzie tam gdzie jest Internet.

„Chmury” pomagają też w pracy zespołowej. Gdy kilka osób tworzy jakiś projekt, wystarczy podzielić obowiązki i dać każdemu dostęp do dysku z plikami na ten temat. Pracę można więc wykonywać na odległość oraz wtedy gdy ma się na nią czas. Co ważne w razie kłopotów (praca kilku osób naraz) dyski tworzą kopie zapasowe. Choć za negatyw można uznać to, że jeśli się obijamy i nic nie robimy to wie o tym więcej osób, bo można tu wszystko sprawdzić.

Ostatecznie jednak jak zwykle, z pomysłu który brzmi idealnie zaczęto robić wielki biznes. Wybór takich dysków w sieci jest ogromny i to nie tylko tych dodatkowo płatnych. „Chmury” zaczęli udostępniać też różni potentaci na rynku (wspominając tylko o Microsofcie i Apple). Co więcej stworzono wersję Office’a, która opiera się właśnie na wykorzystaniu wirtualnych dysków i pracy zespołowej.

Czkawką najbardziej odbił się jednak inny pomysł. Są bowiem smartfony, w których jeśli nie wyłączymy takiej funkcji, każdy pojawiający się na nich plik od razu ląduje w „chmurze”. Dzieje się tak bez potwierdzenia użytkownika, a jak się można domyślać najczęściej dotyczy to zdjęć i filmów wideo. I tak właśnie dochodzimy do ostatniej afery z nagimi zdjęciami gwiazd.

Wszystkie znajdowały się na wirtualnych dyskach, do których przez lukę w zabezpieczeniu dotarł pewien haker. Nie wnikając już w sensowność robienia sobie nagich zdjęć, każda wspomniana gwiazda, albo wierzyła w anonimowość, albo nie potrafiła wyłączyć tej funkcji (zresztą ciekawe czy w „chmurach” były też hasła do różnych stron, gdyż taka opcja też tam istnieje). Całe szczęście, że w opisywanych smartfonach nie było udostępniania bezpośrednio na profil Facebooka.

Wbrew pozorom włamanie to nie jest jedyny problem używania dysków wirtualnych. Często korzystając z darmowych usług tego typu zgadzamy się z regulaminem (którego prawie nikt nie czyta). A tam jest kruczek, o co by nie mówić inwigilacji. Szczególnie nieciekawie jeśli sam serwer „chmury” jest w USA. Bowiem, teoretycznie gdy zajdzie taka potrzeba, nasze pliki są w każdej chwili przeglądanie. A szuka się tam powiązań np. z terrorystami. To znaczy, że możemy podpaść rządowi jakiegoś kraju umieszczając w dokumentach tekstowych niewłaściwe słowa.

Oficjalnie jednak dzieje się tak w trosce o nasze bezpieczeństwo. Zawsze można bowiem namierzyć jakiegoś przestępcę, właśnie dzięki temu że korzysta z dysku sieciowego. Poza tym nieraz znajdywano już ukradziony sprzęt tylko dlatego, że sympatyczny złodziej postanowił zrobić sobie „sweet focię”, która trafiała na dostępną poszkodowanemu „chmurę”. Tym samym jak widać z wirtualnymi dyskami jest tak samo jak z całym Internetem. Mogą one służyć zarówno dobrej sprawie, jak i łamaniu prawa. Dlatego przede wszystkim ze wszystkiego korzystajmy z rozmysłem. A wtedy nawet w razie włamania hakerów z dużej „chmury” będzie mały deszcz.