D jak debata

Co można powiedzieć o wtorkowej debacie z udziałem 10 z 11 kandydatów na urząd prezydenta? Chyba tylko tyle, że się odbyła, nie brał w niej udziału Bronisław Komorowski, a więcej osób postanowiło spędzić te 1,5 godziny emocjonując się historiami z życia rodziny Mostowiaków.

„M jak miłość” wraz z kulisami powstania serialu, fragmentami „Barw szczęścia” i „Magazynu Ekspresu Reporterów” oraz aż trzema przerwami na reklamy oglądało średnio 4,56 milionów widzów. Zaś debata nazwana już żartobliwie przeróbką „Jednego z dziesięciu” zainteresowała 3,15 mln Polaków (i to i tak dzięki doliczeniu 250 tysięcy śledzących ją w TVP Polonia). Z czego ledwie 1/3 stanowili ludzie poniżej 49 roku życia! Jeszcze gorzej wypadł wywiad z Bronisławem Komorowskim na Polsacie i Polsacie News. Emitowany wcześniej miał 1,69 mln widzów (swoją drogą głupotą było nadawanie połowy wywiadu w Polsacie, zapraszając na dalszą część do płatnego Polsat News).

Takie wyniki oglądalności nie są niczym nowym, a tylko potwierdzają opinię o tym, że polityką się w gruncie rzeczy nie interesujemy (szczególnie jeśli jesteśmy młodzi). Nie trudno odnieść wrażenia, że kolejne ważne wydarzenia polityczne oglądają ci sami ludzie. Ostatni wieczór wyborczy oglądało 3,43 miliona widzów (w 2007 roku 3,87 mln) i to dopiero po złączeniu wyników TVP1, TVP Info, TVP Polonia, TVN24, Polsat News, TVN 24 Biznes i Świat, Polsat News2 i TV Republika. Wtedy było to za mało na show „Rolnik szuka żony” (ponad 4 miliony telewidzów). Wcześniej była nawet debata na temat OFE (Leszek Balcerowicz kontra Jacek Rostowski) również oglądana przez około 3 miliony Polaków (za mało na „Barwy szczęścia” i „M jak miłość”).

Można się jeszcze zastanawiać czy na taką oglądalność najnowszej debaty miała wpływ jej formuła. Ponieważ ostatni raz gdy debaty prezydenckie miały jakieś znaczenie to chyba 2007 rok (w 2010 był to już wynik podobny do obecnego: 3,6 mln). Wtedy zaproponowano bezpośrednie pojedynki głównych kandydatów jeden na jednego. Każdą z nich oglądało od 9 do 10,1 milionów widów. Jednak przedstawiając 10 kandydatów, którzy w zasadzie mogą tylko przeprowadzić autoprezentację i których części niektórzy wyborcy zwyczajnie nie znoszą, nie mogło się udać.

Może więc nie powinniśmy się przejmować wynikami oglądalności i przyjąć tylko do wiadomości, że taka jest już specyfika naszej sceny politycznej, a do wyników debat prezydenckich z USA (które mają prawie czterokrotnie więcej widzów niż inne programy telewizyjne nadawane w tym samym czasie) nigdy nie dojdziemy. Tylko czy taka pospolita drętwica wyborcza ma sens, bo przecież powinniśmy jednak większą uwagę poświęcać temu kto będzie nami rządzić, kandydatów wyraźnie wysłuchać i nie podejmować decyzji już mając kartkę w lokalu wyborczym. Chyba, że czegoś nie wiem i to w „M jak miłość” ktoś agitował i przedstawiał swój ciekawy program.