Jaruzelski wiecznie żywy w prawie prasowym

Jeszcze nie umilkły echa wprowadzenia przez wydawców nowego regulaminu (który w zamian za prawo prasowe zajmuje się kwestią nielegalnego kopiowania tekstów bez informacji o źródle), a znowu ta sama ustawa znalazła się pod ostrzałem.

Tym razem powodem, dla którego prawo prasowe należy zmienić jest artykuł 27. W którym czytamy, że: „na każdym egzemplarzu druków periodycznych, serwisów agencyjnych oraz innych podobnych druków prasowych należy w widocznym i zwyczajowo przyjętym miejscu podać: nazwę i adres wydawcy lub innego właściwego organu, adres redakcji oraz imię i nazwisko redaktora naczelnego, miejsce i datę wydania, nazwę zakładu wykonującego dany druk prasowy, międzynarodowy znak informacyjny i bieżącą numerację”.

Ogólnie mówiąc nic nadzwyczajnego. Typowa stopka redakcyjna znana wszystkim czytelnikom, pozwalająca m.in. na lepszy kontakt z redakcją. Problem powstaje jednak wtedy gdy z różnych powodów wydawca zapomni, którejś z tych informacji podać. Gdyż na wydawcę czeka nawet kara więzienia (lub ewentualnie grzywna)!

Skąd taka surowość? Powinniśmy wrócić pamięcią do czasów cenzury. Otóż sam pomysł na takie sformułowanie prawa pojawił się w czasach gdy państwem „dosłownie” rządził generał Wojciech Jaruzelski. Jak się można domyślać informacje o redakcji potrzebne były po to by zastraszyć periodyki opozycyjne i żeby Służba Bezpieczeństwa z góry wiedziała gdzie ewentualnie ma wkroczyć i kogo szukać.

Ponieważ jednak we współczesnych czasach nikt nie sprawiał problemów to kary nie trzeba było stosować i pozostała ona niezmienna. Jednak wszystko zmieniło się w związku z sopocką bezpłatną gazetą opinii „Riviera”. Ta w stopce nie zamieszczała tylko adresu, a teraz jej wydawca jest w związku z tym ścigany. A wszystko w ramach zawiści po jednym z artykułów o przeszłości radnego (który to całą sprawę zgłosił).

Teraz piłeczka jest po stronie Policji i w przyszłości ewentualnie prokuratury. Jeśli stwierdzona zostanie znikomość czynu znowu o zmianach w prawie prasowym na pewien czas zapomnimy. W innej sytuacji dojdzie do tego, że złośliwi czytelnicy będą wnikliwie czytać każdą stopkę i sprawdzać czy są w niej wszystkie informacje. Wszystko po to by znaleźć jakieś uchybienie. I tak wrócimy do iście PRL-owskiej kultury donosicielstwa.