Następny sezon Warsaw Shore. Dlaczego?

Męczą nas znowu. Kto? Zarówno MTV, jak i bohaterowie polskiej edycji programu Warsaw Shore. Jeśli nie wiecie (choć to prawie nie możliwe ze względu na jego promowanie) to show polega na połączeniu Big Brothera z wyjściami do miejskich klubów (aby potańczyć, po podrywać, a przede wszystkim się upić). Po prostu ideał dla korzystających z pomocy społecznej. Dostajesz za darmo mieszkanie, pieniądze na imprezy i jeszcze za zasługi zdobywasz sławę.

O samym programie powiedziano już w zasadzie wszystko, ale MTV wychodzi z założenia, że nie ważne jak mówią (są głosy zarówno negatywne, jak i o dziwo pozytywne), byle mówili. Bo po prostu to im się opłaca. Czasy gdy stacja kojarzyła się z teledyskami dawno minęły. Co więcej zdecydowano się na usunięcie dopisku „music television” (czyli trudno powiedzieć co oznacza „M” w nazwie). Widząc, że teledyski raczej rządzą w Internecie, gdzie to użytkownik wybiera co chce obejrzeć, a nie to co mu się przygotowuje, MTV poszło w zupełnie inną stronę. Niestety infantylnych programów, niby dla młodzieży (czysta komercjalizacja). Jeśli chcecie zobaczyć muzykę to musicie przygotować się na noc, albo ją sobie nagrać (bo jedyne pasmo z piosenkami to to od 2 do 6 rano).

Same wspomniane programy traktowane były raczej jako ciekawostkę. Były to (i nadal są) zagraniczne produkcje, które dopiero od poprzedniego roku otrzymują polskie wcielenie. Co więcej w większości z nich nie ma tabu, są przekleństwa, seksualne zachowania i to o co wielu się spiera, czyli przełamywanie gender. To wszystko najczęściej pojawia się w przeciągu dnia. Choć na szczęście już Warsaw Shore ewidentnie jest podpisany jako program dla dorosłych i emitowany po 23 (z cenzurą podczas przekleństw).

Tzw. „ekipa z Warszawy” okazała się jednak strzałem w dziesiątkę. Wystarczyło kilka odcinków, żeby MTV osiągnęła niesamowitą oglądalność. Jest to bowiem najchętniej oglądany format od kiedy stacja jest badana przez Nielsena (2006 rok). Średnie 187 tysięcy widzów jeszcze nie robi wrażenia (weźmy jednak pod uwagę godzinę emisji, czyli 23). Natomiast z tego samego powodu udziały kanału są bardzo wysokie (jak na program płatny). Jest to 2,37% ogólnie i aż 3,66% w grupie do której Warsaw Shore jest adresowany (16-49 lat). Taki sukces nie pozostawił wątpliwości, że musi powstać druga edycja, która wystartowała w poprzednią niedzielę.

Co do samego programu to można się spierać o jego widownię. Z jednej strony mamy bowiem osoby, które robią to dla, jak to się mówi „beki”. Zwyczajnie chcą się pośmiać i powytykać palcem na osoby gorsze od siebie, by się podbudować psychicznie. No i później zamieszczą ciekawy komentarz, mem, albo w ogóle będą miały o czym porozmawiać i nadążają za modą. Z drugiej są ludzie, którzy Warsaw Shore traktują absolutnie poważnie. Bohaterowie programu im imponują, chcą być tacy jak oni i całkowicie chcą zniszczyć krytyków audycji. Sami chętnie wzięli by w niej udział i doceniają to, że można się wybić i mieć swoje pięć minut nie robiąc przecież niczego nadzwyczajnego. Przeważnie mówi się, że są to osoby z nizin społecznych, ale nie tylko. No i jest jeszcze trzecia kategoria badaczy. Czyli tych, którzy włączają program, by obserwować dlaczego jest tak popularny.

Znajduję się w jeszcze innej kategorii. Zobaczyłem może kilka minut jednego z odcinków i nadzwyczajnie miałem dosyć i nie chciałem do tego wracać. Tym samym mogę być mniej obiektywny jak np. w tekście o teleturnieju „Tylko ty”. Jednak na koniec muszę wspomnieć o tym jak reklamowany jest obecnie przez jeden z portali następny odcinek Warsaw Shore. Chodzi o to czy w dniu kanonizacji Papieża Jana Pawła II powinien być pokazany następny odcinek programu. Rozumiem koncepcję, ale samo lansowanie się na tym wydarzeniu (porównywanie do siebie) nie uważam za prawidłowe. No ale granice poprawności w dziennikarstwie dawno zniknęły.