Artyści w sieci, czy jest tak dobrze?

Niedawno zakończenie działalności zapowiedział zespół Budka Suflera. Jako ważniejszy powód tej decyzji, artyści podali problem Internetu (nie tylko piractwa). Zaraz potem spadła na nich krytyka, mówiąca między innymi o tym, że jakoś inne, nie tylko zagraniczne zespoły, jakoś sobie z tym radzą. Moim zdaniem prawda jest gdzieś pośrodku

Internet jest świetnym miejscem na promocję artysty. Co chwilę pojawiają się nowe talenty, a także bez problemu można dotrzeć do niszowych stylów muzyki. Każdy może także samemu wybierać co chce przesłuchać, w jakiej kolejności, gdzie i w jaki sposób. Wydaje się więc, że są same plusy. Jednak największy wpływ Internet ma na sprzedaż zwykłych płyt.

Jest naprawdę źle skoro złotą płytę w Polsce otrzymuje się od 15 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Przykładowo w pierwszej połowie 2013 roku sprzedaż zwykłych płyt CD spadła o 14,2% (dane Nielsena i magazynu Billboard). Wszystko rekompensować ma Internet. Nie mówiąc o nielegalnym dostępie, istnieją przecież legalne sposoby pobierania, odsłuchiwania muzyki, za które artyści otrzymują pieniądze.

Lecz nie jest tak dobrze jakby się wydawało. Uniform Motion postanowił podliczyć zarobki artysty właśnie z wielu źródeł. Najgorzej wypadł Spotify (pozwalający na odsłuchiwanie muzyki i przeczący zdaniu, że najpierw ściągnąłem płytę nielegalnie by zobaczyć czy opłaca się kupić). Według obliczeń za jeden wysłuchany album twórca zarobić może 0,04 dolara. Z podobnego do Spotify Deezer’a jest zysk 0,07 dolara. Dla porównania z jednej płyty CD można liczyć na 5,93 dol, a z płyty winylowej, aż 10,60. Gdzieś pośrodku są natomiast takie serwisy jak Amazon (6,80$) i iTunes (8,59$), w których z punku widzenia twórców warto korzystać.

Wracając jeszcze do Spotify, to jest ono krytykowane przez mniej znanych artystów. Jeśli po około 70 tysiącach odsłuchań jednej piosenki otrzymują 300 dolarów, to nie rekompensuje im to wkładu w jej nagranie. I tak nie dziwi np. wycofanie się z tej usługi przecież znanego zespołu Radiohead. Choć już najlepiej zarabiający artysta otrzymał w ciągu roku 3 miliony dolarów.

Jest jeszcze Youtube. Gdzie również poważne pieniądze zaczynają się od ogromnej ilości wyświetleń i subskrybentów. A opinię psują np. ujawnione oszustwa dużych wytwórni, które powodowały, że te liczniki były mocno przesadzone. No i pozostają tantiemy (nie tylko z ZaiKSu). Tutaj mówi się o rocznych kwotach najpopularniejszych twórców w kraju, między 0,5 mln, a 2 mln rocznie.

Poza tym wiele osób twierdzi, że prawdziwy zarobek artyści otrzymują dopiero z koncertów. Internet w tym przypadku może być tylko dodatkiem. Oczywiście w Polsce nie możliwy do osiągnięcia jest wynik np. zespołu Bon Jovi w 2013 roku (ponad 142 mln dolarów z 60 koncertów), ale nie jest też bardzo źle. Znowu jednak widząc każdą kwotę jaką otrzymuje wykonawca za koncert należy się na chwilę zastanowić. Przecież całość nie idzie do jego kieszeni. Będąc realnym około 10% dostaje agent, a około 20% menedżer. A pozostają jeszcze inne wydatki sala (lub scena), oświetlenie, ekipa dźwiękowa, sprzęty, chórki (lub także tancerze), reszta zespołu (nawet jeśli mamy do czynienia z solistą), hotel, podróż, wyżywienie itp. itd.

Nie prawdą jest myślenie, że Internet wpływa negatywnie na zarobek muzyków. Jednak nie jest także prawdą, że zbija się na nim przysłowiowe „kokosy”. Nie ma już szans na pojawienie się artysty jednego przeboju, który może egzystować za zarobione w ten sposób pieniądze. Przeszłością jest raczej także sprzedawanie płyt z 2-3 hitami i słabą resztą albumu. Bo obecnie każdy będzie słuchał tego co na płycie mu się podoba. Jak wspominałem prawda leży gdzieś pośrodku. Co oznacza, że jedynie właściwe zbilansowanie pomiędzy Internetem, a światem realnym (tym z koncertami) może przynieść zyski. Lecz z drugiej strony ogromna możliwość wyboru powoduje, że „małym” artystom jest być może jeszcze trudniej niż kiedyś.