W Internecie bardzo często można trafić na niepochlebne komentarze w stosunku do wyników oglądalności programów i stacji telewizyjnych. Oczywiście nic nie jest idealne, a 1700 osób to grupa reprezentatywna, ale nie musi ona dać dokładnej informacji, że np. akurat równo 3,75 mln widzów oglądało w zeszłym tygodniu „Małych gigantów”.
Mimo wszystko mówimy o grupie, która jest odzwierciedleniem naszego społeczeństwa według informacji Głównego Urzędu Statystycznego. Poza tym co roku pewne osoby są w niej wymieniane (bywała to liczba 255). No i jest jeszcze telemetr i umiejętność jego obsługi (wraz z zalogowaniem się przed włączeniem programu).
Całość wiąże się również z kosztami (choć lepszego sposobu dotąd nie wymyślono). Stąd zapewne amerykański pomysł, by sprawdzić czy do badania oglądalności zamiast tradycyjnych telemetrów, czy badań opinii, korzystać z Twittera, przeglądając przy okazji o jakich programach i stacjach Internauci „ćwierkają”.
Wszystko zaczęło się od sprawdzenia (za pomocą aparatury podłączonej do mózgu 300 badanych) ich reakcji na poszczególne programy telewizyjne (dokładnie 8 premierowych odcinków seriali). Te najpopularniejsze wyzwalały podczas eksperymentu największe zaangażowanie emocjonalne i to na ich temat badani pisali więcej na swoich profilach na Twitterze.
Oczywiście nie oznacza to przynajmniej na razie, że Twittera można wykorzystać do badania oglądalności, ale staje się on istotnym narzędziem dla twórców programów. Oto mogą oni w prosty sposób sprawdzić czego wymagają od nich telewidzowie i jak dostosować (np. serial) do ich wymagań.
Im więcej „tweetów”, tym więcej emocji na ekranie. Mi jednak to podejście do końca się nie podoba. Ponieważ oznacza, że w cenie są jak największe kontrowersje. Natomiast o takim programie (vide „Skandaliści”) mogą pisać zarówno Ci, którzy program oglądali, jak i Ci którzy tylko o nim słyszeli i powielają plotki. Dlatego nie dość, że Twitter nie pokazuje ile osób oglądało dany show, to jeszcze w pełni nie odwzorowuje odczuwanych przez nich emocji (jest przecież uczucie poprawności politycznej przy wyrażaniu się na forum publicznym). No i wreszcie nie każdy „ćwierkający” jest telewidzem. Szczególnie w naszym kraju gdzie nie ma aż tylu użytkowników tego portalu. Dlatego eksperyment z Twitterem nie przeprowadzano przeciwko telemetrom (w końcu nadzorował go zarabiający na tym Nielsen), a przeciwko firmom tworzącym badania opinii.
