Billboard zaczyna zliczać utwory odtwarzane w Internecie

Magazyn Billboard powstał w 1894 roku w Los Angeles. Na całym świecie kojarzony jest przede wszystkim z cotygodniowego zestawienia list przebojów (z najróżniejszych gatunków). A wyznacznikiem popularności są Billboard 200 (dla najlepiej sprzedających się płyt) i Billboard Hot 100 (dla najpopularniejszych piosenek).

Od jakiegoś czasu możemy jednak mówić o kryzysie zwykłych płyt. To znaczy, że kiedyś aby znaleźć się na pierwszym miejscu zestawienia Billboard’u rzeczywiście trzeba było sprzedać masę albumów. Za to w ostatnich trzech latach zdarzało się, że liderowi tygodnia wystarczał wynik kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy (nie mówię już o Polsce i przyznawaniu złotej płyty za sprzedanie 15 tysięcy egzemplarzy muzyki bądź co bądź popularnej). Podczas gdy sprzedaż piosenek w sieci cały czas zyskiwała.

W końcu zauważono ten problem. Najzwyczajniej w świecie zestawienie pomijające sprzedaż Internetową stawało się nieobiektywne. Stąd próba wypracowania jakiegoś rozwiązania. Ostatecznie każde 10 kupionych w sieci piosenek ma być uznawane tak jakby kupiono jeden album. To jednak wszystkiego nie wyjaśnia.

Co w przypadku serwisów które jak np. Spotify pozwalają na bezpłatne odtwarzanie muzyki (choć w ograniczonym zakresie)? W takim wypadku 1500 odtworzeń przeboju jakiegoś artysty za darmo traktowane jest na równi z jedną osobą płacącą za płytę.

Choć ilość sprzedanych płyt, jak pisałem, spada to nie wydaje mi się logiczne uznanie, iż 10-krotne kupienie piosenki równoznaczna jest z zakupieniem całego albumu, na którym jest coś więcej niż ten „jeden” utwór. Owszem tak powinno się sprzedawać single, ale nie całe płyty z których przecież nie wytniemy jednej piosenki. Poza tym ile jest genialnych albumów, które stanowią całość, a nie „zlepek” pojedynczych hitów.

Po drugie, dlaczego liczba 10? Owszem płyty z muzyką w wielu wypadkach zatoczyły koło. To znaczy kiedyś mieliśmy np. 9 piosenek (w zależności od ich długości) bo winyl miał swoją pojemność. Potem przy CD zauważono, że mamy więcej miejsca, więc ilość utworów na albumach zwiększano. Aż w końcu stwierdzono, że przecież artysta powinien zarabiać, a za dużo piosenek na płycie sprawia że później wyda kolejny krążek. Oczywiście nie każdy twórca tak robi, ale prawdopodobnie stąd pojawiła się uśredniona liczba 10.

No i na koniec zwykła kwestia sentymentu. A mianowicie to uczucie fizycznego posiadania płyty (dla mnie ciągle jest ważne). Jaką radość sprawia rozpakowanie albumu, dokładne przeczytanie dołączonej książeczki (wiem można sobie ją wydrukować samemu np. z pdf’a, ale po co), trzymanie płyty w ręku i jej pierwsze odsłuchanie na dobrym sprzęcie (mojego zdania nie zmieniają nawet kodeki z bezstratną kompresją dźwięku). Dlatego choć wiem, że było to nieuniknione to tak legendarny magazyn jak Billboard mógłby poczekać i zamiast od 4 grudnia łączyć muzykę z Internetu z tą „fizycznie” dostępną, podkreślać chociaż w nawiasie liczbę płyt sprzedanych „naprawdę” (czyli w tradycyjnym sklepie).