Co teraz będzie robiło prawie 5 milionów rodaków w każdą niedzielę o 21:30? W zeszłym tygodniu zakończył się show „Rolnik szuka żony” i nic już nie będzie takie same.
Nagle tak duża liczba osób zaczęła się interesować nie tylko wsią, ale życiem zwykłych ludzi którzy nigdy nie mieliby szansy zostać gwiazdami telewizji. O ile „Big brother” pozwalał na podglądanie, to „Rolnik szuka żony” pozwolił zobaczyć na wizji jak rodzi się uczucie, ale też jak rozpadają się związki.
Ostatni odcinek był okazją do podsumowania całej edycji i rozreklamowania kolejnej. Bo wiemy już, że taka powstanie (bez względu na to czy z rolnikami, czy rolniczkami). Z pięciu uczestników tylko jeden znalazł miłość i co ciekawe ten najmłodszy.
Żal było na pewno zobaczyć osoby, którym się nie powiodło, a szczytem była historia domniemanej klątwy. Otóż nagle rolnikowi po programie zepsuły się dwie maszyny rolnicze, odpadło koło i wygiął się dyszel. W taki sposób niektórych zapewne zniechęcono do udziału w drugiej edycji. Bo nie dość, że można nie znaleźć miłości to jeszcze przy okazji narazić się na szkody materialne.
Ostatecznie dostarczono kolejnych argumentów feministkom. Jak to uczestnicy testują dziewczyny i nie traktują ich poważnie (w zasadzie każdy z nich przyznał, że podobały mu się najmłodsze kandydatki). W końcu niektórym do prawdziwej miłości potrzebne było spotkanie na Titanicu podczas trafienia w górę lodową, a nie swatanie na antenie.
Co dalej? Oprócz drugiej edycji (także konkurencyjnego „Kto poślubi mojego syna?”) już w Internecie powstał „Informatyk szuka żony”, a przecież możliwości innych zawodów jest bez liku. Drugiej połówki na pewno chętnie by szukał np. inseminator, deratyzator, czy grabarz.
Druga edycja nie musi być jednak łatwiejsza. Możliwe, że nie zgromadzi aż takiej widowni, bo po prostu część ludzi do programu mogło się zrazić (choć próbowano go zakończyć happy endem to w pamięci bardziej zostały zranione kandydatki). Poza tym większość już wie na czym to wszystko polega. Być może nowi uczestnicy będą w większym stopniu aktorami, niż autentycznymi rolnikami. No i wystarczy przecież popatrzeć na wyniki oglądalności różnych reality show. Prawie każdy z nich co serię traci widownię, zamiast ją zyskiwać. Więc wszystko zależeć będzie od pierwszego odcinka, który albo całkowicie zrazi do „Rolnik szuka żony”, albo przekona większość dotychczasowych widzów do dalszego oglądania.
