Żaden szanowany program telewizyjny poszukujący talentów nie może istnieć bez jurorów. Najlepiej trójki lub czwórki gwiazd, które w mniejszym lub większym stopniu znają się np. na tańcu, śpiewaniu i ogólnie ocenianiu. Za takie siedzenie za stolikiem i mówienie w finezyjny sposób tak lub nie otrzymują sowite wynagrodzenie (o czym pisałem w niedzielę). Okazuje się jednak, że są granice których lepiej nie przekraczać.
Mowa oczywiście o tym co stało się w „X Factor” w Nowej Zelandii. Z programu wyrzucono dwójkę jurorów (co ciekawe męża i żonę) za zbyt krytyczne potraktowanie jednego z uczestników show. Poszło o to, że ich zdaniem był zbyt podobny do Willy’ego Moon’a (jurora męża) i go naśladował.
Przy okazji padły bardzo niemiłe słowa m.in.: „jestem obrzydzona tym, do jakiego stopnia skopiowałeś mojego męża…”, „wstyd mi, że muszę siedzieć tu, w twoim towarzystwie” i „jakbyś zaraz miał przyszyć czyjąś skórę do swojej twarzy i wymordować widownię”. Producenci programu zareagowali właściwie, bo niczemu niewinny chłopak został zaatakowany bez możliwości jakiejkolwiek obrony przez ego jurorów, którzy nie mogli chyba znieść że osób podobnych do Willy’ego mogą być na świecie setki.
Do polskiej telewizji krytyczni jurorzy wkroczyli wraz z Kubą Wojewódzkim w „Idolu” (wcześniej mieliśmy tylko oceniających, którzy uczestników głaskali). Później było już coraz ciekawiej (a Kuba z bycia jurorem stworzył wręcz zawód dla siebie), bo w różnych programach pojawiały się teksty za które również można było być wyrzuconym. Cytując tylko „Jeśli uprawiasz seks tak jak śpiewasz, jesteś prawdopodobnie poszukiwany przez policję za wielokrotne morderstwo”, „poprzez dziurę w spodniach było widać, że pochodzisz z biednej rodziny”, czy „szkoda, że nie ma takiej szmaty, którą mógłbym narzucić na kolegę, żeby się już nie pojawił”.
Dlatego chociaż jurorzy często mogą nie znać się na talentach, to muszą znać umiar i podstawy psychologii. Przecież ocena polega na merytorycznym przedstawieniu wad uczestnika (tak aby mógł on ewentualnie, w którejś z kolejnych edycji się poprawić lub spróbować sił w innej branży), a nie być obraźliwą krytyką dla samej krytyki.
Szczególnie trudno ma teraz TVN, bo w programie „Mali giganci” oceniane są dzieci. Co chwilę się je porównuje i decyduje, które przechodzi dalej (a przecież wiadomo jak łatwo urazić najmłodszych, szczególnie gdy różnice między nimi nie są duże, a rodzice wcześniej im wmawiają że są najlepsi). Dlatego jurorzy zawsze powinni słowa ważyć, szczególnie że według powiedzenia mogą one ranić mocniej niż tysiące sztyletów.
