Obecne reality show w stacjach telewizyjnych na całym świecie mają w zasadzie tylko dwie funkcje. Pierwsza to zszokować widza, a druga zainteresować go na tyle, że oglądalność programu będzie znakomita. Tym samym to co zobaczyli widzowie w Brazylii spełniło swoje zadanie. Tylko jakim kosztem?
Również u nas dobrze znamy matrymonialne reality show. Bez względu czy żony lub męża szukają rolnicy, matki dla swoich dzieci, modele, czy osoby bogate, w zasadzie zawsze wygląda to tak samo. Mamy co najmniej kilka kandydatów/kandydatek, czas na zapoznanie się z głównym bohaterem i dość częste eliminacje (aż zostanie na końcu ta jedna szczęśliwa para).
Tym razem nie było inaczej. Tylko producenci postanowili dodać temu wyborowi więcej pikanterii. Pamiętacie „Wszystko o Miriam”. Tam nie domyślający się niczego mężczyźni walczyli o względy transseksualistki. W Brazylii skorzystano z podobnej idei, tylko role odwrócono. Facet szukający miłości już na początku wiedział, że z 10 kandydatek na jego wybrankę, tylko jedna urodziła się kobietą i nie przeszła operacji zmiany płci!
Jak więc widzicie w całość idealnie wpisał się tytuł programu, czyli „Beija Saco”, które w dosłownym znaczeniu oznacza całowanie jest do d… No i rzeczywiście było. Gdyż w finale pan wybierał już tylko pomiędzy dwoma kandydatkami i zdecydował się (nie brakowało wspólnego pocałunku) na tą, która ku jego zaskoczeniu (jakbyście widzieli jego minę) okazała się transseksualistką. W sumie niewiele mu zabrakło, bo kobietą była pani znajdująca się w finałowej dwójce.
My z całości możemy się obecnie śmiać, ale czy naprawdę warto. Myślę, że każdy ma jakieś swoje granice tolerancji, które dla wielu przy okazji tego show zostały niestety przekroczone (nawet w Brazylii). Smaczku całej historii dodaje też to, że program nie powinien podobać się nawet transseksualistom, bo choć nagłaśnia ich kwestie, to właśnie nawołuje do śmiechu i robi z uczestników show zwyczajnych głupków. No, ale z drugiej strony przynajmniej nikt tu nikogo nie zabija.

