Mówisz obecnie Disney, myślisz głównie filmy dla dzieci i pojawiające się w nich księżniczki. Nic jednak bardzo mylnego, bo wygląda na to, że korporacja ta w swoich produkcjach wyraźnie umniejsza rolę kobiet. Szczególnie, że przecież w rzeczywistości mają one do powiedzenia więcej niż panowie. Pewnie nawet nigdy nie zwracaliście na takie detale uwagi, więc alarmującą analizę przeprowadzili za was dziennikarze z grupy Polygraph.
Jak wiemy równouprawnienie płci musi być wszędzie i nie ma w tym nic złego, gdyby nie czasem zbytnie przewrażliwienie pewnych osób. Bo jak inaczej można nazwać omawiany atak na Disneya. Dane nigdy nie kłamią, więc rzeczywiście należy przytoczyć wam informację o tym, że w 22 z 30 sprawdzanych filmów produkcji tej wytwórni, męscy bohaterowie mają więcej do powiedzenia niż kobiety.
Co jeszcze bardziej szokuje, dysproporcje widoczne są nawet w filmach gdzie główne role przypadają paniom. W takim „Mulanie” zauważono 75% męskich dialogów, w stosunku do 25% żeńskich, a nawet smok chroniący tytułową dziewczynkę ma dwa razy więcej do powiedzenia niż ona sama.
Czołówkę najbardziej zmaskulinizowanych produkcji Disneya stanowią „Księga dżungli” (aż 98% do 2%), „Potwory i spółka”, „Odlot”, „Toy Story” oraz „Bernard i Bianka w krainie kangurów” (wszystkie w ponad 90% męskie). Na szczęście dla Pań ktoś w samym Disneyu chyba już na to zwrócił uwagę i ostatnie filmy poprawiają trochę statystyki („W głowie się nie mieści”, „Alicja w krainie czarów” i „Czarownica” to ponad 60% żeńskich dialogów, a „Kraina lodu” 57%).
Ja osobiście jestem jednak daleki od krytyki Disneya w tej kwestii (powiecie pewnie, że przemawia przeze mnie moja płeć). Całe badanie Polygraph dowodzi ważnej tezy: kobiety w różnych filmach są dyskryminowane (np. im starszy bohater męski tym ma więcej do powiedzenia, a im starsza bohaterka żeńska tym tekstu mówionego mniej). Jednak dlaczego zaczyna się właśnie od Disneya? Bo wychowuje młode pokolenia w mylnym przekonaniu do roli kobiet?
Co więcej sami badacze tłumaczą się, jakby byli przyszykowani na krytykę. Piszą o tym, że to jedynie dane liczbowe dotyczące bohaterów, którzy wypowiedzieli w każdej produkcji więcej niż 100 słów (ze scenariuszy, a nie tego co w pełni pojawiło się na ekranie). Dane, które nie są doskonałe skoro cały wspomniany już „Mulan” opiera się na historii dziewczynki, a że mówi ona mniej to chyba niewiele świadczy o jakiejkolwiek dyskryminacji. Także spokojnie, choć pewnie feministki są czytając to już rozgrzane do czerwoności.

