Dziwaczna zasada w brytyjskiej telewizji, czyli jak nie zobaczyć gola Neymara.

Często narzekamy na nasze stacje. A to zaliczają różne wpadki, prezentują niski poziom z dużą ilością audycji pod „publiczkę”, czy przesadzają z reklamami. Ze stacjami sportowymi nie jest inaczej. Mówimy, że nadają w słabym HD, komentator cały czas się myli, kanał Telewizji Polskiej jest dodatkowo płatny, no i jest ich być może zbyt wiele co powoduje rozdrobnienie oferty. Jest jednak coś czego nie możemy zarzucić. Jeśli spodziewamy się ważnego meczu to rzeczywiście go zobaczymy i to od początku.

Okazuje się, że nie jest tak w Wielkiej Brytanii. Rządzi tam bowiem zasada powstała jeszcze w 1960 roku. A jej treść brzmi brytyjska telewizja nie może transmitować meczu piłkarskiego w sobotę w godzinach od 14:45 do 17:15 (w Polsce do tego czasu musimy doliczyć jedną godzinę). Choć wydaje się to absurdalne to na początku miało przesłanki dobrego pomysłu.

Orędownikiem takiego prawa był prezes Burnley FC Bob Lord. Jego zdaniem transmisje telewizyjne sprawiały, że mniej kibiców przychodziło na stadiony, gdyż woleli zasiąść w domu przed telewizorem i jeszcze zobaczyć wszystko np. z lepszej perspektywy. Na całości miały tracić oczywiście kluby (z wszystkich klas rozgrywkowych), a to właśnie we wskazanych wyżej godzinach odbywa się w Wielkiej Brytanii najwięcej spotkań piłkarskich.

Prezes Burnley FC był tak zdeterminowany żeby prawo weszło w życie, że przez pięć lat nie wpuszczał na swój stadion kamer BBC (przygotowujących wieczorny skrót do programu Match of the day). Ostatecznie na jego żądanie nieformalnie się zgodzono i tak od 44 lat Brytyjczycy nie mogą zobaczyć w telewizji żadnego spotkania piłkarskiego w sobotę, w podanych już wyżej godzinach.

Całość oczywiście raz na jakiś czas prowadzi do absurdu. Ten po raz kolejny dotyczył hiszpańskiego El Clasico pomiędzy Realem, a Barceloną (identycznie było np. rok temu). Mecz zaczął się bowiem o 18 (naszego czasu) i ze względu na wspomnianą zasadę z zakazem transmisji, kibice w Wielkiej Brytanii stracili 15 minut spotkania (w tym bramkę Neymara w 4 minucie). Co zaoferowano im w zamian (w płatnej platformie cyfrowej)? Komentatora siedzącego przed tabletem i opowiadającego widzom co się dzieje!

Oczywiście zaraz pojawił się ciekawy komentarz o tym jakim prawem komentator mógł oglądać spotkanie w czasie zakazu? Odpowiedź jest w sumie prosta. Zasada z 1960 roku jest coraz bardziej obchodzona. Z jednej strony kibicom pomagają zagraniczne stacje telewizyjne, a z drugiej Internet (nawet z nielegalnymi „stream’ami”).

Żeby móc oglądać ciekawe spotkania w telewizji, coraz częściej Brytyjczycy kupowali zagraniczne platformy satelitarne. Bo w nich znajdowały się sobotnie mecze Premier League z godziny 16 (tzw. „3 p.m. kickoff”). Widząc to SKY nakazał zmniejszyć ilość gier z tej godziny, pokazywanych w telewizjach na całym świecie do minimum (teraz najczęściej na satelicie można zobaczyć tylko jedno takie spotkanie w jednej platformie). No i wkroczyć na drogę sądową (co ciekawe nieudaną, bo w ramach Unii Europejskiej każdy może teoretycznie oglądać telewizję z innego kraju wspólnoty).

Na całości najwięcej tracą jednak puby. Tym bowiem trudno zainteresować klientów transmisją radiową. Tym samym również właściciele barów stawiają na kanały zagraniczne (z czym też walczy platforma SKY). No i teraz pozostaje pytanie czy warto blokować możliwość oglądania meczów w telewizji? Wydaje się, że nie. Cała opisana zasada jest archaiczna, a nawet budżet państwa więcej zarobi z podatków od ilości osób kupujących piwo w pubie, niż mających bilety na stadion. Poza tym zasada ta nie powinna dotyczyć innych lig niż angielskich. Co więcej zamieszanie jest tak duże, że specjalnie ostatnie kolejki Premier League przekładane są na niedzielę (lub wczesne godziny sobotnie). Pozostaje tylko cieszyć się, że takiego prawa nie ma u nas. Już sobie wyobrażam lamenty o to, że nie można zobaczyć El Clasico, bo akurat gra np. Podbeskidzie.