Familiada: teleturniej socjologiczny?

Wszystkim czytelnikom bloga i nie tylko życzę zdrowych i radosnych świąt Wielkanocnych, smacznego jajka i mokrego dyngusa.

Średnio 3 miliony Polaków zasiadają w sobotę i niedzielę o 14 by obejrzeć „Familiadę” na TVP2. Program ten emitowany jest w Telewizji Polskiej nieprzerwanie (nie licząc wakacji) od 1994 roku, a w dni świąteczne pokazywane są wydania specjalne (np. w Wielkanoc zobaczymy odcinek z uczestnikami „Przygarnij mnie” i prezenterami „Pytanie na śniadanie” co przy okazji może być dobrą reklamą dla tego pierwszego programu).

Jakie mamy pierwsze skojarzenia myśląc „Familiada”? Na pewno Karol Strasburger i jego nieśmiertelne żarty (podbijające co jakiś czas Internet). Np. historia bacy oskarżonego o nielegalne posiadanie broni, który zapytany przez prokuratora czy ma coś na swoją obronę, odpowiada, że czołg w stodole, albo szeregowego, który na pytanie sierżanta w jakiej temperaturze gotuje się woda odpowiada, że 90 stopni po czym tłumaczy się, że pomyliło mu się z kątem prostym. Jednak od jakiegoś czasu w sieci coraz częściej zamiast żartów pojawiają się nagrania z autentycznych wypowiedzi uczestników teleturnieju.

O ile jeszcze lama, czy owca jako coś więcej niż jedno zwierzę, albo kanapka jako przedmiot szkolny najmniej przydatny w życiu można było przyjąć za stres uczestników i dobry żart, to obecne wpadki więcej mówią o problemie naszego systemu edukacji (a może raczej lenistwa uczniów). Choć sam Karol zdaje sobie sprawę, że osoby które tylko raz zagrały w filmie przed telewidzami chcą wystąpić jako aktorzy, to jak można wytłumaczyć niewiedzę studentów dziennikarstwa.

Pytania z zakresu największych państw świata oraz krajów, które powstały po rozpadzie Związku Radzieckiego sprawiły im niesamowite problemy. Wiem, że na studiach nawet dziennikarskich nie mówią o tym, że Ameryka Południowa nie jest krajem, albo że Polska nie mogła powstać z rozpadu ZSRR, ale przecież to wiedza tak ogólna, że nie potrzebne do niej są żadne studia (to powinno pamiętać się z gimnazjum lub podstawówki). Rozumiem, że wszystko w jedną chwilę sprawdzić można w Internecie, ale czy na tym polegać ma przyszła praca dziennikarza?

Jednak sami mityczni ankietowani również nie są nieomylni. Okazuje się, że są nimi właśnie niektórzy uczestnicy programu (osoby, które chcą w nim wystapić) oraz ludzie spotkani na ulicy, albo zapytani telefonicznie. Całość tworzy zupełnie niereprezentatywna grupa 100 osób (dla każdego pytania), w której dba się tylko o równą liczbę kobiet i mężczyzn oraz w miarę równy zakres wiekowy (aby odpowiadali i młodsi i starsi). Największy problem powstał przy pytaniu o miejsce, w którym żyją pingwiny. Większość tych ankietowanych odpowiedziało źle bo Biegun Północny, a uczestnicy żeby więcej wygrać musieli podać w tym wypadku nieprawdziwą odpowiedź. Wiadomo, że cały teleturniej to tylko zabawa, ale szkoda że nie zostaną wprowadzone większe standardy co do wyboru i uczestników i ankietowanych (od czego jest charakterystyka GUSu wybierana chociażby przy telemetrii). Niestety z wiedzą równamy coraz bardziej do dołu (nawet w „Jeden z dziesięciu” mam wrażenie, że ostatnio pojawiają się coraz prostsze pytania w dalszym etapie).