W kolejnej części cyklu pozostajemy w Stanach Zjednoczonych, bo tam prawdopodobnie bazując na popularności „50 twarzy Greya” pojawił się i zdążył już zniknąć nowy program telewizyjny. Mowa właśnie o „Neighbours with benefits” podejmującym być może ciekawą, choć na pewno kontrowersyjną, kwestię swingersów.
Co ciekawe produkcją show zajęła się sieć telewizyjna A&E, która do tej pory aż tak nie szokowała. W Polsce znamy ich chociażby z „Wojen magazynowych”. Aż tu nagle zdecydowali się pokazać życie w na przedmieściu Ohio. Miejsce takie same jak każde inne w USA tyle, że tu prężnie działają swingersi zamieniający się żonami i mężami i nie mający w związku z tym żadnych skrupułów i nie kryjący się przed innymi (powstało więc środowisko przypominające inny program TLC gdzie nudyści kupują mieszkania w specjalnej okolicy pełnej nudystów).
Głównym bohaterom towarzyszymy z kamerą podczas ich zwykłego dnia. Matki opiekują się dziećmi, chodzą im kibicować w meczach piłkarskich, zajmują domem, a ojcowie pracują, czy trenują swoje pociechy gry w baseball. Jednym słowem całkowita nuda aż do wieczornych spotkań, gdzie na szczęście telewizja nie pokazuje nic więcej od pocałunków.
Sam plan show był jasny. Chciano pokazać, że swingersi są normalnymi ludźmi, którzy naprawdę kochają swoich współmałżonków i mają własne zasady odnośnie tego jak daleko może zajść ich przygoda z wymianą partnerów. Co więcej muszą zmierzyć się z różnymi problemami, które doprowadziłoby wiele par do rozwodów. Dla niektórych taki styl życia wręcz wzmacnia ich więź.
W programie poznajemy samozwańczych liderów społeczności (Tony’ego i Dianę), którzy jako pierwsi się tu osiedlili i teraz organizują wiele spotkań w swoim domu, Lori i Erika którzy boją się komentarzy innych ludzi (choć swingersami są od dawna), czy Vince’a i Penny najmłodszych stażem czującym presję ze strony par popierających taki styl życia oraz będących całkowicie mu przeciwnych. Ogólnie pełen przekrój problemów jakie mogą spotkać swingersów.
Pierwszy odcinek „Neighbours with benefits” wyemitowano 22 marca. Chociaż miało być dziewięć godzinnych odcinków ostatecznie zrezygnowano po dwóch. O dziwo to nie o oglądalność chodziło (800 tysięcy i 500 tysięcy widzów), a o reklamodawców (nie chcących reklamować się przed kontrowersyjnym show) i ludzi dla których taki show był niemoralny (promował niewierność i w zasadzie wyśmiewał instytucję małżeństwa). Ewentualne dalsze losy mogą pojawić się już tylko w Internecie,a nie na antenie stacji.
Jednak nawet to nie jest pewne, bo program nie spodobał się również jego bohaterom. Jedna z par stwierdziła, że zostali pokazani w złym świetle i zamiast właściwie przedstawić społeczność telewizja pokazała ich jak dziwną sektę wyznającą seks. Poza tym zwykły widz mógł zrozumieć, że musisz być atrakcyjny żeby móc należeć do swingersów (poszło o słynną kwestię uczestników „Chciałbym żebyś uprawiała seks z Bradem Pittem, a nie Dannym DeVito”). Władze stacji pomyślały pewnie niech sobie mówią i tak emisji nie wznowimy. Poza tym skoro nie przez swingersów to na pewno mądre głowy w amerykańskiej telewizji już myślą jak w inny sposób szokować (jest już przecież m.i.n. „My husband’s Not Gay!”).
