Sposób prezentowania filmów w stacjach komercyjnych często można uznać za co najmniej denerwujący. Chcąc obejrzeć ciekawą produkcję trwającą np. trochę ponad dwie godziny, musimy uzbroić się w cierpliwość (podczas reklam) i przed telewizorem spędzić trzy godziny. Jednak nikt nie może sprawić, żeby prywatny nadawca zrezygnował z zarobku (szczególnie gdy robi to legalnie, bo spoty mają długość zgodną z prawem).
Dotychczas była jedna możliwość, aby obejrzeć cały film bez przerw w telewizji komercyjnej (zmieniania kanału i pójścia na herbatkę nie liczę). Chodzi oczywiście o nagrywarkę. Ustawialiśmy sobie program, godzinę trwania nagrania i w wolnym czasie oglądaliśmy to co chcieliśmy (spokojnie przewijając reklamy dołączonym do urządzenia pilotem). Jednak z nagrywarek nie korzysta obecnie wiele osób, bo wygodniejszy jest dla nich Internet i legalne bądź mniej legalne zobaczenie określonego filmu, bez zdawania się na łaskę komercyjnych nadawców.
Wróćmy jednak do przewijania. Czym innym jest bowiem przewijanie reklam i przewijanie filmu (znane często z magnetowidów i kaset VHS). Wyobraźmy sobie taką sytuację. Zasiadamy przed telewizorem aby obejrzeć już dobrze znany nam film (nie jest to nic dziwnego biorąc pod uwagę ilość powtórek klasycznych dzieł polskiego kina, głównie komediowego). Na pewno znajdują się w nim fragmenty, które niewiele wnoszą do fabuły. Np. bohater jedzie samochodem, albo spokojnie idzie przez las (coś co w literaturze nazwalibyśmy długimi opisami przyrody). Fragmenty, których braku byśmy aż tak nie żałowali. Ale chwileczkę przecież tym razem rzeczywiście one tak szybko nam minęły.
Tak właśnie czuć się muszą widzowie w USA. Oto tamtejsze telewizje kablowe wpadły na doskonały pomysł, aby zwiększyć liczbę reklam. Starsze filmy, czy seriale (nie premiery) są specjalnie przyspieszane w niektórych momentach. Pojawia się więc efekt podobny do przewijania, bo bohater szybciej mówi swoje kwestie, czy wymachuje rękami. Daje to oczywiście telewizji niewątpliwie dodatkowy czas antenowy (skoro w ponad 3 minuty można zyskać 15 sekund).
Całość wyszła na jaw dopiero wtedy gdy przyspieszenie filmu „Czarnoksiężnik z krainy Oz” sprawiło iż zmienił się tembr głosu bohaterów. Choć u nas do wprowadzenia takiego pomysłu jest daleko, bo i tak trzeba przestrzegać 12 minut reklam na godzinę (w USA stacje średnio poświęcają na to 20 minut), to niewykluczone, że prędzej czy później któryś z komercyjnych kanałów nad tym pomyśli. A wszystko przez opisywaną już propozycję Ministerstwa Kultury, żeby autopromocja (zapowiedzi ciekawych programów w ramówce) każdego z nadawców była nielimitowana. Jeśli więc będzie można emitować tyle autopromocji ile się chce to czemu nie przyspieszyć filmów, aby „wcisnąć” ją co kilkanaście minut. Chyba, że dzięki temu film trwający 2 godziny nawet z reklamami będzie tyle trwać (tyle, że jego przyspieszenie może być marnym pocieszeniem).
