W Ameryce wciąż jest cenzura

Cenzurę utożsamiamy przeważnie z krajami komunistycznymi, albo po prostu Rosją. Dlatego koloryzowanie rzeczywistości np. w Korei Północnej nas nie zaskakuje bo uznajemy to za oczywistość i codzienność obywateli tego państwa. Co jednak powiedzieć gdy cenzura trwa w najlepsze w kraju demokratycznym, ba tym które samo narzuca ten ustrój innym?

Chodzi oczywiście o dumnych Amerykanów. Dumnych ze swojej historii (w sumie nie takiej długiej) i osiągnięć. Oczkiem w głowie obywateli USA wciąż jest armia. Każdy wojskowy cieszy się ogromnym uznaniem i prezentowany jest jako przykład oddania dla dobra wszystkich. Zaś w tle spokojnie działa sobie machina zarabiająca na militariach i pojawianiu się wojska w kolejnych rejonach świata. Dobrze, że chociaż broń masowego rażenia była tam gdzie miała być.

Co roku w fabryce snów powstają setki filmów. Wiele z nich w scenach pełnych patosu opowiada o bohaterstwie Amerykanów i ich zwycięstwach np. nad terrorystami, czy też innymi czarnymi charakterami (przecież od czego są ekranizacje komiksów). Dla niektórych widzów spoza USA większość wydaje się być jednak „oklepanym” schematem ze szczęśliwym zakończeniem ku chwale Ameryki, który sprawdzał się przecież szczególnie w propagandzie wojennej.

Powiedzmy sobie szczerze nikt z nas nie jest na tyle naiwny żeby nie podejrzewać (nawet przez moment), że amerykańska armia „macza palce” w produkcji różnych hitów filmowych. Dla Hollywood współpraca z armią zawsze się przecież opłacała. Kiedyś filmowcy otrzymywali m.in. broń (będącą rekwizytami), czy też masę przeszkolonych statystów, czy też aktorów któregoś tam planu. Nigdy nie było wsparcia finansowego, ale jakieś tam poczucie zależności i chęci odwdzięczenia się zostało.

Gdy David L. Bobb napisał w 2004 roku książkę na ten temat („Operation Hollywood: How the Pentagon shapes and censors the movies”) spadła na niego masa krytyki. Twierdzono, że specjalnie szukał takich fragmentów filmów, które były podejrzane, a ignorował inne publikacje znakomicie opisujące ponad 100 letnią współpracę Hollywood z armią. Jednak teraz wychodzi na to, że to on miał rację.

Brytyjski tabloid „Sunday People” dotarł właśnie do 1400 stronicowego wojskowego dokumentu opisującego wpływ Pentagon tylko na produkcje filmowe powstałe po 2002 roku (podziękować należy dr Matthew Alfordowi z Uniwersytetu Bath, który zażądał wglądu do tego dokumentu na podstawie prawa wolności do informacji). Wygląda to tak, że scenariusze najpierw trafiają do Pentagonu i tu przechodzą weryfikację. Poprawiane są sceny, charakter postaci oraz przede wszystkim wszystko to co zbyt przypomina tajne operacje wojskowe lub ciągle testowaną broń.

Lista produkcji jest naprawdę długa. Ocenzurowano nowe wersje „Terminatora”, „Iron Mana”, „King Konga”, „Supermana”, czy „Transformersów”. Do tego dochodzą zwyczajne programy telewizyjne jak: „Idol”, „MasterChef”, „Hawaii Five-O”, „Cupckaes wars”. Natomiast brytyjska seria „Nadzwyczajne psy” („Extraordinary dogs”) otrzymała wręcz nakaz by zaprezentować amerykańskie psy skaczące ze spadochronów.

Ogólnie mówiąc spory wstyd, który potęgują wcześniej odkryte „prośby” o usunięcie wątku o pedofilii z życiorysu jednego z bohaterów „Helikopter w ogniu”, czy też nie nagrywanie drugiej części „Top Gun” (z powodu kwestii przemocy seksualnej w armii). Jedyne pocieszenie płynące z tej informacji jest więc takie, że może po upublicznieniu dokumentu o cenzurze amerykańskich filmów Pentagon przemyśli swoje decyzje i przynajmniej na jakiś czas da filmowcom prawo do niezależnego tworzenia, bo przecież lepszego ustroju jak demokracja jeszcze nie wymyślono.