Dziennikarze szukający sensacji chyba właśnie dowiedzieli się, że nie zawsze to się opłaca. Istnieją przecież granice dobrego smaku i poszanowania dla drugiego człowieka, który zwykłemu śmiertelnikowi mogą wydawać się podstawą etyki żurnalisty.
A jednak pewien Brazylijczyk tak szybko jak tylko mógł zjawił się na miejscu strzelaniny podczas napadu na sklep, by zrelacjonować dla lokalnej telewizji na żywo całe zdarzenie. Stwierdził, że sytuację najlepiej opisze jeden z napastników więc czym prędzej udał się w kierunku dwóch skutych już przez policję (i leżących twarzą do ziemi) mężczyzn i zaczął prawdopodobnie najważniejszy wywiad w swoim życiu.
Jakież było jego zdziwienie gdy jego rozmówca zupełnie nie reagował na żadne z pytań. Dziennikarz nadal nieświadomy próbował go nawet szturchać i wymagać odpowiedzi. Na próżno bo przepytywany jegomość zwyczajnie już nie żył. To jeszcze widzów oglądających całą relację nie oburzyło. Najbardziej szokujące były dopiero słowa: „o dziwo miałem zamiar przeprowadzić wywiad z facetem, który jest martwy”.
Czytając tą informację pierwsze skojarzenie jakie się pojawia to kwestia tego jak policja zabezpieczyła miejsce zdarzenia. Przecież nie może być tak, że każda osoba z mikrofonem i kamerą może sobie podejść i zacząć przesłuchanie jeszcze przed tym jak zrobią to służby. Poza tym obowiązkiem policji było sprawdzenie stanu zdrowia napastnika i ewentualne wezwanie karetki pogotowia, a nie skucie go i położenie twarzą do ziemi. Mimo wszystko i tak zachowanie dziennikarza jest wyjątkowo szokujące. Bo on też przecież mógł wcześniej pomóc prawdopodobnie konającemu człowiekowi, a nie stawiać go pod gradobiciem pytań i ostatecznie śmierć przyjąć jak nic nadzwyczajnego (po prostu kolejną relację).
No chyba, że dziennikarz nadal jest uparty poznać prawdę i te same pytania zdoła jeszcze zadać i uzyska na nie wyczerpujące odpowiedzi. Przecież w tej samej Brazylii udało już się przeprowadzić bardzo kontrowersyjny wywiad. Dziennikarze pewnego radia nagrali rozmowę ze zmarłą i ją wyemitowali. Poświęcono na ten temat nawet jeden z odcinków „Nie do wiary”. Choć to anormalne zdarzenie i tak nie tłumaczy reportera telewizji Atalaia, który po prostu po tym co zaprezentował nie nadaje się w ogóle do pracy przed kamerami w służbie społeczeństwa. Problem w tym, że są na świecie stacje dla których jego upór gonienia za sensacjami byłby ogromną zaletą i zapewniłby jeszcze większą widownię.
