Anachroniczna cisza wyborcza

Niedzielna druga tura wyborów prezydenckich to także kolejna cisza wyborcza (zaczynająca się od północy w sobotę). Choć z jednej strony taka cisza jest ważna, bo każdy dzień w którym nie musimy oglądać twarzy polityków w telewizji jest bezcenny, to należy stanowczo powiedzieć iż przy ilości źródeł w Internecie nie ma ona najmniejszego sensu.

Internauci dawno przestali bać się ewentualnej kary miliona złotych i zakłócają ciszę wyborczą lub dalej pośrednio prowadzą agitację. W przypadku pierwszej tury mieliśmy do czynienia z podobno śmieszną zabawą porównującą kandydatów do produktów spożywczych (zresztą nie pierwszy raz). Co poniektórzy tylko cieszyli się jak bardzo są pomysłowi podając swoją listę zakupów składająca się z budyniu, bigosu, ciastek, much, ogórków, gnojowicy, gorzkiej żołądkowej, czy wody święconej. Ta dość żałosna próba osób myślących, że chytrze zaskoczyli Państwową Komisję Wyborczą miała jednak zapewne na celu wykazanie przede wszystkim tego jak anachroniczna jest cisza wyborcza.

O ile kiedyś łatwo można było złapać za rękę rozklejającego plakaty w ciszę wyborczą, czy namawiającego do głosowania, to teraz pomimo wielkiego szacunku do PKW nad Internetem nie potrafią zapanować (co zresztą nie jest ich winą, a tylko konsekwencją obecnych czasów). Jeśli w dniu wyborów wyszukano ponad 500 tekstów mających znamiona łamiących ciszę wyborczą (czasem nie kryjących nawet nazwisk kandydatów), to jest to poważny argument za tym żeby ciszę wyborczą zwyczajnie znieść.

Do tego dochodzą tabuny osób, którym płaci się za krytykowanie poszczególnych osób, czy firm w komentarzach Internetowych. Ich zadaniem jest jak najszybsze zareagowanie na każdy nowy artykuł w sieci, czy wypowiedź, w tym wypadku polityka (ponieważ wielu postronnych czytelników wchodzi i sugeruje się tym co napisali inni). Powiedzmy jednak sobie szczerze, że w sytuacji gdy można bez problemu zmieniać chociażby IP (to dodatkowo płatna usługa u osób wynajmowanych do „hejtowania”) i napisać coś pod różnymi nickami komentarze często nie reprezentują prawdziwych opinii wyborców.

Co więcej takie wynajmowanie komentatorów politycznych nie różni się od tego co mamy w Wielkiej Brytanii (kraju bez ciszy wyborczej). Tam podczas ostatnich wyborów płacono 100 funtów każdej osobie, która opowiedziała dziennikowi „The Sun” pozytywną informację o Partii Konserwatywnej.

Ogólnie można stwierdzić, że cisza wyborcza miałaby obecnie sens tylko w sytuacji niemożliwej, czyli wyłączeniu w całym kraju Internetu. Pozostaje jednak kwestia czy sprawą ciszy wyborcza w ogóle się przejmować jeśli ponad połowa obywateli nie zagłosowała w pierwszej turze? Większy problem jest przecież wtedy gdy cisza wyborcza trwa do kolejnych wyborów i dopiero wtedy o wyborcach przypominają sobie niektórzy kandydaci, a nie te niepełne dwa dni spokoju od polityki.