Jestem celebrytą… i dla popularności zrobię wszystko

Reality show stacji ITV „I’m a celebrity… get me out of here” znane jest już od lat (w końcu zadebiutowało w telewizji w 2002 roku), jednak dopiero teraz część widzów uznała, że producenci przesadzili. W związku z odcinkiem finałowym najnowszej, już 15 edycji do Ofcomu (odpowiednika Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) przyszło aż 553 skarg. Co więcej kolejne ponad 500 listów skierowano bezpośrednio na adres stacji. Co wywołało aż takie oburzenie widzów?

Konkurencja typowa dla większości reality show (takich jak np. „Fear Factory”), czyli jedzenie przez uczestników najróżniejszych żyjątek (owadów, insektów itd.). Tym razem zadanie dla walczących o wygraną nie było łatwe. Jedna z celebrytek zjadła w krótkim czasie robaki, mózg owcy, penis byka i żywego ptasznika. Choć większość piszących głównie skupia się na kwestii pająka to moim zdaniem to cała sekwencja pożywienia, krzyki i odruchy Pani (która ostatecznie rzeczywiście poradziła sobie z każdym z tych zadań) pozostawiły widzom niesmak.

Myślę, jednak że w przypadku całego tego wydarzenia trzeba popatrzeć na nie z różnych perspektyw. Ta pierwsza to perspektywa uczestniczki. W omawianym programie biorą udział celebryci, którzy chcą tylko zdobyć popularność i coś tam sobie dorobić. Jeśli mówimy o 15 edycji show, w którym za każdym razem startuje 13 uczestników to od razu widzimy, że startuje tam piąta woda po kisielu. Ludzie, którzy często pojawili się już w innych audycjach pokroju „Ekipy z Newcastle”, albo są ósmoplanową postacią średnio popularnego serialu. Jednak i tak sprawiają, że ktoś to ogląda i jak widać starają się jak mogą (zjedzenie wspomnianych wyżej potraw pozwoliło Pani z „The Only way is Essex” zająć dopiero trzecie miejsce).

Perspektywa druga widzowie. Ich zachowanie to coś czego najbardziej nie mogę zrozumieć. Tyle skarg na program, od którego w zasadzie wiadomo czego się można spodziewać (czekając na obrzydzające sceny można było zwyczajnie wyłączyć telewizor lub przełączyć na inny kanał). Czyli jednak go widzieli i ich interesuje, mimo tylu edycji. Bo w innym wypadku stacji nie opłacałoby się wysyłać celebrytów tym razem do Australii.

No i perspektywa trzecia, czyli stacja ITV. Zachwycona, że o niej się mówi i pisze i korzystając z usług średnio ważnych gwiazd ubija złoty interes na dużej oglądalności. Teraz pozostaje im tylko tłumaczenie, które dosłownie brzmi, że show działa zgodnie z prawem kraju, w którym dana edycja jest nagrywana (jedzenie pająków nie jest zakazane w Australii, a oni nikogo do jego spożycia nie zmuszali) oraz, że tego typu zadanie pojawiało się wielu sezonach programu i jakoś do tej pory tak nie gorszyło. Łącząc te trzy perspektywy można jednak dojść do szybkiego wniosku. Tak naprawdę cała wina leży po stronie widzów. Przecież Ci w każdej chwili mogą oprotestować program nie oglądając go (pewnie trudno do tego przekonać około 10 mln z nich). Słaba oglądalność sprawi, że stacji nie będzie opłacać się jego pokazywanie, a celebryci będą musieli przenieść się do innej stacji lub do podziemia, albo normalnej ludzkiej pracy.