Od 6 czerwca telewizja Polsat proponuje swoim widzom nowy teleturniej „Mistrz Zakupów”. W każdym z 13 odcinków trzech uczestników ma szansę na wygraną 10 tysięcy złotych (w finale 250 tysięcy), zaś ich zadaniem jest zrobienie tytułowych zakupów w supermarkecie stworzonym w studiu telewizyjnym. W walce o nagrodę towarzyszy wszystkim prowadzący Piotr Gąsowski. Sam teleturniej jest jednak problematyczny. Przede wszystkim dlatego, że zanim zasiądziemy w fotelu możemy już go przegapić (przykładowo drugi odcinek trwał wraz z czołówką i napisami końcowymi, oszałamiające 6 minut).
Jeśli coś trwa krócej niż reklamy i prezentuje zakupy można mieć podejrzenie, że coś z takim teleturniejem jest nie tak. Przez te kilka minut na ekranach telewizorów wprost króluje lokowanie produktu. Sponsorzy (dzięki którym prawdopodobnie mamy w programie nagrody) mogą liczyć na lepszą ekspozycję swojego produktu na półce, jak i przy kasie po zakończeniu zadania. Jeśli jednak jesteś firmą, która nie dołożyła się do tego show być może również zobaczysz swój produkt, tyle że odwrócony tyłem lub zalepiony taśmami żeby nie udało się go zidentyfikować.
Ogólnie mamy więc przerwę pomiędzy reklamami, która jest przepełniona reklamą (w stosunku do czasu trwania programu). Wszystko legalnie, bo z dopiskiem lokowanie produktu i w oddzielnym teleturnieju nie wliczającym się w 12 minut reklam w godzinie. Wybieg sprytny, ale to nie tylko reklamy ogłupiają widzów w „Mistrzu zakupów”.
Na początku poznajemy trójkę uczestników, których historie życiowe są między sobą przeplatane, a do tego dochodzą niby śmieszne teksty dla stworzenia miłej atmosfery. Przykład z pierwszego odcinka: kobieta biorąca udział w teleturnieju trudni się sprzedażą nagrobków, dlatego „jej profesja często wpędza ją do grobu”, a opowieść o jej konkurencie zaczynają słowa: „nie lubi nagrobków, ale w pracy musi być śmiertelnie poważny”. Ogólnie słysząc te wyszukane żarty wieś tańczy i się śmieje.
Sam „Mistrz zakupów” ma jeszcze jedną znaczącą wadę. Jest to przecież adaptacja słynnego „Supermaket sweep”. Teleturniej ten powstał w USA w… 1965 roku, no i przede wszystkim był tam pełnoprawnym programem nie trwającym kilka minut. Bardzo prawdopodobne więc, że ktoś szukając formatu w którym można wcisnąć jak najwięcej reklam „odkopał” znane i lubiane show, które pokazywały już też Argentyna (od 1987), Australia (od 1990), Brazylia (1990), Japonia (1991), Hiszpania (1992), Kanada (od 1992), Wielka Brytania (od 1993), Turcja (1993), Grecja (1993), czy Chile (od 1995).
Czy Polska telewizja jest więc aż 50 lat za Amerykańską i 20 za Chilijską? Raczej nie, ale i tak traktuje chyba swoich widzów jak idiotów, którzy nie zauważą reklam i będą dobrze bawić się podczas minuty na zebranie jak największej ilości produktów (pokazano też wspaniałe sceny marnotrawstwa jedzenia, które wypadło z rąk uczestników), czy zbliżenie się zakupami do kwoty 150 złotych. Ani to edukacyjne, ani zabawne, ale i tak się opłaca bo sponsorzy dopisali.
